News:

SMF - Just Installed!

Main Menu

Fotoreportaż z Autonomii Palestyńskiej

Started by dana, December 11, 2016, 03:40:18 PM

Previous topic - Next topic

dana

(opublikowane po raz pierwszy na portalu erec israel 1 lutego 2015 roku)


Postanowiłam pojechać na wycieczkę organizowaną przez.... Machsom Watch... tak tak... moi spadkobiercy mało nie spadli z krzeseł ze śmiechu, jak ich zawiadomiłam o tym moim pomyśle... Powiedziałam też reszcie redakcji portalu, że jak nie wrócę żywa, to żeby ładnie ogłosili, że zginęłam na posterunku... a co? Nie na posterunku?
Zapisałam się i parę dni przed terminem wycieczki dostałam tzw. program.




Nu, zwiedzanie trwało 8,5 godziny, jeśli tak można nazwać 8 godzin prania mózgów. Nie mogę tutaj niestety zrelacjonować słowo w słowo ośmiogodzinnych "wyjaśnień" pani przewodniczki, więc będą tylko krótkie zdania, które powtarzały się przez całą wycieczkę, w każdym miejscu koło którego przejeżdżaliśmy lub zatrzymywaliśmy się.

Już początek był "świetny". Pani przewodniczka się przedstawiła:

- Jestem wolontariuszką Machsom Watch, jestem lewicowa, nie używam żadnych innych terminów, tylko ,,tereny okupowane", ,,Palestyńczycy", ,,osiedla" i ,,osadnicy" i nie będzie tutaj żadnych dyskusji politycznych. Machsom Watch istnieje od 14 lat i skupia 300-350 kobiet, które obserwują co się dzieje na punktach kontroli granicznej, czyli tzw. check points. [Check point po hebrajsku to właśnie ,,machsom"] Oprócz tego organizacja ma dodatkowe zajęcia: lekcje angielskiego i hebrajskiego dla dzieci, nauka wyrobów artystycznych i innych, żeby Palestyńczycy mogli je robić, sprzedawać i zarabiać pieniądze, pomoc w otrzymywaniu pozwoleń na pracę w Izraelu, bezpłatna pomoc prawna - powiedziała przewodniczka.

Innymi słowy ,,ja mówię co chcę, a wy macie zamknąć buzie, nie ma dyskusji"...

Potem ruszyliśmy w drogę i się zaczęło: "Qalkilya to miasto oblężone, teraz wjeżdżamy w strefę zwana ,,kav ha-tefer", to ta między zieloną linią a strefą C, widzicie, nie ma żadnego przejścia, nie ma żołnierzy, nie ma sprawdzania dowodów osobistych, bo Izrael uważa, ze to ziemie izraelskie. A teraz dojeżdżamy do tzw. ,,przejścia rolniczego", które jest zamknięte. Tylko dwa razy w tygodniu otwiera się je dla rolników, którzy chcą przewieźć swoje produkty, ale jak znajdzie się tam jakiś, który zechce przewieźć lodówkę, to już żołnierze nie pozwalają" i dodała sarkastycznie: ,,Dlaczego nie pozwalają? Bo tak im się chce, bo chcą zgnoić Palestyńczyków". Tutaj wtrąciła się Polanija (czyli polska Żydówka) numer 1 (byłyśmy tam trzy) i zapytała się czy to żołnierze nie pozwalają, czy wojsko i usłyszeliśmy: "wojsko, ale wojsko czy żołnierze to to samo".

,,Nie, nie to samo, bo żołnierz nie może sam wg własnego widzimisię podejmować takich decyzji", powiedziała Polanija numer 1.

Dalej pani przewodniczka wyjaśniła, że po drugiej stronie tego przejścia rolniczego i za płotem leży wioska Hableh, ale ziemie mieszkańców Hableh leżą po drugiej stronie między płotem a przejściem i oni nie mogą uprawiać swoich ziem i w ogóle nie mają prawa przebywać po tej stronie przejścia. Nu, rozejrzałam się ciutko i widzę piękne szkółki ogrodnicze, arabskie oczywiście, wiec jak to ja, uprzejmie się zapytałam, gdzie mieszkają ci Arabowie, którzy są właścicielami tych szkółek, jak i pracownicy arabscy i usłyszałam, że to są mieszkańcy Hableh i mogą przechodzić i właśnie mieć te swoje szkółki i mogę tam kupić sobie roślinki ,,dużo taniej niż w Izraelu". Powiedziałam wtedy pani przewodniczce, ze ja trochę nie rozumiem, jak to może być, że nie wolno im przebywać na tej przejętej przez Izrael ziemi w ,,strefie szwu", ale jednak przebywają. Pani wolontariuszka zmieniła temat, wiec niestety, nie mogę wam powiedzieć, dlaczego im nie wolno, ale wolno. Wycieczka rzuciła się na kwiatki i inne warzywa i owoce, które są dużo tańsze niż w Izraelu i ostatecznie trzeba pomoc biednym Palestyńczykom i się obkupić. Nic nie kupiłam, tylko robiłam zdjęcia (dużo zdjęć robiłam z okna autobusowego) i się rozglądałam.











Potem przejechaliśmy przez przejście Eliyahu i dostaliśmy wyjaśnienie, że to już poza zieloną linią. Nikt nas nie sprawdzał, nikt nas nie zatrzymał. Za to zaraz po tym przejściu mieliśmy oglądanie następnych ,,skonfiskowanych" tym razem terenów, znów ten parkan ,,odgradzający Palestyńczyków od ich ziem" i jak wysłuchałam wszystkiego, co już wysłuchałam koło Hableh, pojechaliśmy dalej do ,,palestyńskiej wioski" Jayyous...





Na skraju tej wioski wszedł do nas Naim, ,,Palestyńczyk, który na własnej skórze przeżywa dzień w dzień okupację izraelską", jak nam wyjaśniła pani przewodniczka...



Naim wziął mikrofon w rękę, żeby każdy mógł dokładnie usłyszeć jego tragiczną historię: że postawiono płot graniczny zaraz koło wioski i on i inni mieszkańcy stracili możliwość uprawiania ziemi, ze on bardzo lubi Izraelczyków, że jemu wszystko jedno, czy to Żyd, chrześcijanin czy muzułmanin, bo ,,wszyscy jesteśmy ludźmi", i że on pracuje w Izraelu i w ogóle ,,zbudowałem cały Izrael", ale demonstrują, bo chcą dostać swoje ziemie z powrotem i w ogóle jego 15.5 letni syn został zaaresztowany w nocy, bo był na demonstracji i tam jest pełno kamer izraelskiego wojska, które wszystko filmują, a potem żołnierze chodzą po domach i aresztują wszystkich, którzy tam demonstrują z kamieniami i właśnie parę miesięcy temu weszli do jego domu w nocy i zaaresztowali jego 15.5 letniego syna i ,,wy możecie sobie wyobrazić matkę, której wyrywa się z ramion dziecko i ojca, który nie może pomoc swojemu dziecku i Izraelczycy są moimi wrogami".

Nu, zakazy pani przewodniczki czy nie zakazy, tutaj nie wytrzymałam i powiedziałam Naimowi, że powinien się zdecydować, czy lubi Izraelczyków, czy oni są jego wrogami, na co szybko się poprawił i powiedział, że ,,zielone mundury są moimi wrogami", ale jak wiadomo, ze mną nie jest tak łatwo, wiec mu wyjaśniłam, ze mój syn też nosi zielony mundur, co trochę zbiło z tropu Naima wyuczonego przez Machsom Watch, więc wrócił znów do tego wyrwanego z ramion matki dziecka, na co mu spokojnie powiedziałam, ze 15,5 letni chłopak to nie dziecko i raczej nie przebywa już w ramionach matki i że ojciec zabitego ostatnio w zamachu terrorystycznym niemowlęcia też nie mógł pomóc swojej córeczce. Tu poczułam zabijające spojrzenie pani przewodniczki, ale jak wiadomo całemu światu i jego cioci, mnie nie tak łatwo zabić.

Wywiązała się około 5-minutowa rozmowa, w ciągu której zapytałam się, dlaczego jego 15.5 letni syn w ogóle demonstrował, na co usłyszałam znów, że nie tylko jego, ale i jego syna boli strasznie to skonfiskowanie ich ziemi, i że syn jest sfrustrowany i dlatego demonstruje. Wyjaśniłam Naimowi, ze również moje dzieci były sfrustrowane, kiedy miały 15 lat (nie powiedziałam mu, że były na pewno bardziej sfrustrowane przy takiej matce Polaniji jak ja, ale były, zapewniam was, że były) i mimo to nie demonstrowały nigdzie, już na pewno nie z kamieniami w reku. Do tej pory była kompletna cisza w autobusie, ale po tym zdaniu rozległ się wrzask: przestań go atakować, my chcemy posłuchać jego historii, my też chcemy zadać parę pytań, nie jesteś sama, inni tez są tutaj.

Nu, uśmiechnęłam się i powiedziałam, ze już milczę, niech słuchają i niech zadają mu pytania. I tutaj nastąpiła fantastyczna scena: Naim zaczął mówić dalej, ale mówił tylko do mnie, patrzył się tylko na mnie, potem zadał mi pytanie, ale mu powiedziałam z uśmiechem, ze ,,nie mogę ci odpowiedzieć, bo mi nie pozwalają z tobą rozmawiać", na co Naim walnął w ten mikrofon, ze on właśnie chce rozmawiać i skończył swoja gadkę w ciągu następnej minuty, oddał mikrofon pani przewodniczce, przeszedł przez pół autobusu do mnie i mnie objął. Ciszę w tym autobusie można było kroić nożem. Zaraz potem się zatrzymaliśmy koło jakiejś stacji benzynowej, gdzie były ubikacje, sklepik ze słodyczami i synowie Naima sprzedawali oliwę z oliwek i oliwki. Wszyscy się rzucili w te wszystkie miejsca, a Naim podszedł do mnie i zaproponował mi papierosa, wiec sobie ładnie zapaliliśmy...




Zapytałam się czy czuł się przeze mnie atakowany. Kategorycznie zaprzeczył i zaczęliśmy gadać dalej... Podszedł do nas jeszcze jeden pan, też raczej prawicowy i zadał Naimowi dwa pytania: 1. Czy dzieci w jego szkole uczą się o historii tych ziem i historii Izraela? 2. Czy on jest gotowy zrezygnować z prawa powrotu...

Przez 10 minut upierał się, ze "Palestyńczycy mają prawo do powrotu, bo żyli tu od tysięcy lat", wg niego... Wiec mu wyjaśniliśmy, że nie było żadnego państwa palestyńskiego i żadnego narodu palestyńskiego do 1967 roku i w końcu przyznał, ze nie było, ,,ale byli Arabowie"... Nu, to już było coś, nie?

Potem dołączyła się do nas Polanija numer 2 i powiedziała, że jej rodzina miała ziemię we Lwowie. Ja powiedziałam, że moja rodzina miała dom w Warszawie i że dzisiaj, po różnych zmianach wojenno-politycznych żadna z nas ani nie żąda tych ziem czy domów i że przyjaciółka nie ma żadnego prawa powrotu do Lwowa. Próbował nas przekonać, że przecież mogą być dwa państwa jedno koło drugiego, ale wyjaśniłam mu, że jak on chce powrotu 5 milionów ,,Palestyńczyków", to znaczy że on chce tylko jednego państwa, bo to żydowskie przestanie istnieć. Muszę przyznać, że siły były nierówne: 1:3, w dodatku dwie Polanijot, wiec sami rozumiecie. W końcu powiedział, że zgadza się, że powinni wrócić do przyszłego państwa palestyńskiego, a nie do Hajfy, Tel Awiwu czy Akko. Ale nie jestem taka pewna, czy rzeczywiście go przekonaliśmy. Co do szkoły, odpowiedzi nie dostaliśmy. Jak ten pan i przyjaciółka odeszli, to powiedziałam Naimowi, że my tu tak z papierosem to możemy dojść do ładu, ale jego prezydent Mahmud Abbas podejmuje decyzje i jak długo ci normalnie myślący Arabowie nie zrobią intifady przeciwko autonomii, to nic się nie zmieni. Na co Naim rozejrzał się wokół, sprawdził czy nikt nie podsłuchuje, a potem mi szepnął w ucho: nienawidzę autonomii...

Uważałam, ze należy mu się medal za bohaterstwo i kupiłam oliwę z oliwek jego domowej produkcji, 2 litry za jedyne 50 szekli (ok. 47 polskich złotych).

Potem mi jedna z uczestniczek tej wycieczki powiedziała, że to objęcie przez Naima to było czyste kłamstwo, ale powiedziałam jej, ze ja to zrozumiałam  zupełnie inaczej: że cały autobus słyszał jego żale i wyrzuty, nikt się nie pytał o nic, prawie szlochali z nim nad jego ciężkim losem, potraktowali go jak zwierzę w klatce, nad którym się człowiek lituje, a ja go potraktowałam jak równego sobie, odpowiadałam na jego zarzuty pokazując mu druga stronę, zmuszałam do odpowiedzi i to była jego reakcja.

Tylko pospieszyłam się za bardzo z tym medalem, bo kiedy podwoziliśmy Naima kawałek drogi z powrotem, to nam jeszcze palnął historyjkę o ,,biednych, zabitych w Gazie dzieciach palestyńskich, które wsadzano w lodówki dla lodów, bo nie było miejsca w szpitalnych kostnicach". Ja wam mówię, tego nawet Hamas nie wymyślił. Więc powiedziałam mu: Naim, nie kupuję tego, odpowiedzieliśmy dopiero wtedy, jak doszło do 80 rakiet dziennie na Izrael, nie wcześniej i nie było czegoś takiego, jak dzieci w lodowce, nie mieszaj sprawy Gazy i Hamasu do Judei i Samarii. I ten kochający nas ,,Palestyńczyk" natychmiast odpowiedział ,,beseder", czyli dobrze. Zdaję sobie sprawę, ze facet jest opłacany przez Machsom Watch, ale bujdy tez mają swoje granice.




ona jest jak ten mur wokol izraela ktorego gola glowa nie rozbijesz
(forumowicz melord o mnie)

dana

#1
Wyjeżdżając z Jayyous dostaliśmy prezent: 15-letni sfrustrowany walnął w nasz autobus kamieniem. Pani przewodniczka ,,nie zauważyła", chociaż cały autobus wrzasnął, że dostaliśmy kamieniem.

Potem pojechaliśmy dalej i zatrzymaliśmy się na oglądanie następnego kawałka płotu i wysłuchaliśmy następnego ,,wyjaśnienia" w sprawie skonfiskowanych ziem, rozdzielenia płotem biednych ,,Palestyńczyków" od ich ziem i dostaliśmy tym razem dodatkową informację, jak to Izrael wprawdzie ma własne prawo ziemi, ale to jest stosowane tylko dla Izraelczyków, bo ,,oczywiście nie dla Palestyńczyków". ,,Dla Palestyńczyków", wyjaśniła pani przewodniczka, jest osmańskie prawo ziemi, z roku 1885, jeśli dobrze pamiętam, które mówiło, ze jak właściciel nie uprawia ziemi przez 3 lata, traci do niej własność, więc mimo, że im zabroniono, Palestyńczycy przekradają się na swoje skonfiskowane ziemie i się fotografują albo aparatem, który ma datę, albo z gazeta w reku tak, żeby data była widoczna i to jest potem dowodem dla izraelskich władz, że oni są na swojej ziemi co najmniej raz w roku.

Już nie mowię o tym, że pani przewodniczka nie raczyła poinformować, ze prawo izraelskie w Judei i Samarii dotyczy tylko Żydów lub Arabów z obywatelstwem Izraela i że prawnie Izrael nie może rozciągnąć prawa izraelskiego na te wszystkie tereny, jak długo są one sporne i kwestia granic nie jest rozwiązana i że to prawo osmańskie było przyjęte i wprowadzone przez Jordanię podczas jej okupacji tych terenów (1948-1967). Pani przewodniczka w ogóle nie dawała żadnych wyjaśnień i już na pewno nie powodów do działania takiego czy innego ze strony Izraela, ale zapytałam się jak to jest z tymi dowodami na to, że Arabowie posiadają jakąś ziemię.

,,Oczywiście, są zapisane na ich nazwiska w księgach gruntowych Jordanii"

Jordanii??? Wiec powiedziałam, ze to może być, ostatecznie Jordania okupowała te tereny do 1967 roku, wiec czy pani przewodniczka wie, czy Jordania ot tak rozdzieliła te ziemie miedzy Arabami, czy oni musieli zapłacić gotówką rządowi Jordanii. Więc wg pani przewodniczki zapłacili i mają ,,kushan" (to jest dowód na kupno ziemi) i że ,,Izrael gnębi Palestyńczyków" i nie chce latami płacić im za te skonfiskowane, kupione ciężką pracą, ziemie.

Powiedziałam, że ta izraelska biurokracja nie uderza tylko w 'Palestyńczyków', ale i w Żydów też i ze ja też mam ,,kushan" i też nie załatwiają mi nic od lat. I tu zaatakował mnie jakiś lewak niesamowity, który po prostu wrzasnął: ty masz ,,kushan"? Na ta ziemie tutaj?

Ledwo zdążyłam powiedzieć ,,nie", to mi przerwał następnym wrzaskiem: jak nie tutaj, to przestań z twoimi prowokacjami... Nu, jak chcesz wrzeszczeć facet, to ja też umiem, więc odwrzasnęłam, ze nikogo nie prowokuję, tylko pokazuję, ze izraelska biurokracja nie wzięła sobie na cyngiel 'Palestyńczyków', tylko dokładnie tak samo na cynglu są Żydzi, że ja wprawdzie nie na ziemię w Samarii mam ,,kushan", ale na ziemię w innym miejscu i że czekam 14 lat na decyzję biura ziem gruntowych, wiec nie tylko ,,Palestyńczycy", na co usłyszałam ,,ok, powiedziałaś co chciałaś, a teraz koniec"... Nuuuuuuuuu... już uprzejmie, ale tak, żeby wszyscy usłyszeli powiedziałam mu, ze mi buzi nie zamknie. I nie zamknął, bo do końca podroży miałam jeszcze parę uwag dla pani przewodniczki, np. w sprawie prawa, bo wymyśliła sobie, ze oprócz prawa dla Izraelczyków i prawa wojskowego, istnieje ,,prawo osobiste tylko dla Palestyńczyków". Jak się zapytałam, co to prawo osobiste, to przeszła do następnej historii, tak że niestety nie dokształciłam się i nie wiem, co to prawo osobiste, ale jakby wzrok mógł zabijać, to bym wam nie mogła opisać tej wycieczki, bo ten wrzaskliwy zabijał mnie wzrokiem do końca tej podroży.

Następnym etapem było przejście Hawara i leżące obok miasteczko o tej samej nazwie, ,,słynne" z niesamowitych rozruchów z koktajlami Mołotowa, płonącymi oponami, kamieniami, rannymi żołnierzami izraelskiego wojska i izraelskimi cywilami. Przejście jest nieczynne od jakiegoś czasu, ale pani przewodniczka koniecznie chciała nam pokazać, jak strasznie wyglądają te przejścia, jak one upokarzają ,,Palestyńczyków", wiec sfotografowałam, ale jak fotografowałam wieżę obserwacyjną Cahalu (izraelskiego wojska), to mi powiedziała, że ,,żołnierze tego nie lubią". Słucham? Jak one fotografują i potem posyłają w świat razem z ich manipulacjami to żołnierze 'lubią', ale jak ja robię zdjęcia, to już ,,nie lubią"? Nu, sfotografowałam i wieżę i jeep wojskowy z drugiej strony.







Pani przewodniczka jeszcze przedstawiła się jako bohaterka, mówiąc dumnie, że ona "przyjeżdża własnym samochodem do Hawara, ma na nim umieszczoną chorągiewkę Machsom Watch i jeszcze nigdy nic się jej nie stało", na co Polanija numer 1 rzuciła w jej stronę "ale chorągiewki izraelskiej już byś nie umieściła", na co oczywiście odpowiedzi Polanija numer 1 nie dostała.

Potem wjechaliśmy do samego miasteczka Hawara gdzie ,,można zjeść świetny falafel". Nie jadłam, ale za to zrobiłam zdjęcia... również samochodu z tablica rejestracyjna... Jordanii...











"Na szybach sklepu z baklawą jest Abu Ammar", jak powiedziała pani przewodniczka... Nie Arafat, tylko pieszczotliwie Abu Ammar (to terrorystyczna ksywa Arafata) i wyjaśniła: ,,na jednym zdjęciu widzimy Abu Ammara młodego, przystojnego pełnego nadziei, na drugim już starego, zatroskanego o przyszłość jego narodu", wiec mniej pieszczotliwie rzuciłam w jej kierunku ,,pełnego nadziei, ze wrzuci Żydów do morza" i poszłam dalej.









Pani przewodniczka dała nam dalej do obejrzenia jeszcze kilka punktów z płotem odgradzającym mieszkańców wiosek od ich ziem:





I zaserwowała jeszcze jedno spotkanie z innym Arabem, którego imienia nie pamiętam, który dał nam znaną gadkę o żołnierzach wylewających śmierdzącą wodę na nich, co ,,właśnie wczoraj zrobili tutaj". I jak to i jemu skonfiskowano ziemie, zrobiono tam cieplarnie dla żydowskiego osiedla Qdumim i który na moje pytanie, dlaczego nie zwrócił się do sądu w Izraelu, stwierdził, że nie ma po co, bo sąd mu tej ziemi nie odda, co jest bujdą, bo wiemy, że sądy w bardzo wielu przypadkach orzekają na korzyść Arabów, wiec trochę mi śmierdzi ta "moja ziemia" w tym wypadku. Było jeszcze kilka opowiadań o tym, jak to ,,Palestyńczycy"są ograniczani w swobodnym poruszaniu się, bo nie mogą ,,wjeżdżać do Izraela" kiedy chcą, że cierpią na głód i nędzę, bo Izrael nie wydaje im pozwoleń na pracę w Izraelu. Przewodniczka nie omieszkała parę razy podkreślić ,,brutalności i zła osadników, którzy uniemożliwiają Palestyńczykom spokojne życie" i pokazała nam ,,przepiękny ośrodek rozrywkowy dla dzieci palestyńskich, zbudowany za pieniądze Unii Europejskiej i natychmiast zburzony przez władze administracyjne Judei i Samarii", ale potem dostała od Polaniji numer 1 pytanie o to dlaczego ten ośrodek został zburzony, wiec wyjaśniła, ze ,,Palestyńczycy nie mieli pozwolenia na budowę". Dlaczego? Bo wiedzieli, że nie dostaną, więc nawet nie próbowali. Aha... A co na to UE, zapytała się Polanija numer2?

UE na to nic, dostaliśmy odpowiedź. I opluwając dalej ,,osadników" dokopała władzom izraelskim opowiadając, jak to osiedla rozbudowują się nielegalnie ,,na ziemiach palestyńskich", a każdy, ale to każdy nielegalnie zbudowany dom palestyński zostaje natychmiast zburzony.

Więc znów ja zapytałam, bo reszta oczywiście milczała kiwając głową w potępieniu, co z tymi doniesieniami sprzed paru tygodni o 520 nielegalnie zbudowanych domach arabskich w Judei i Samarii... Nie opisze wam jej wzroku... sekunda milczenia i potem: no, nie każdy dom burzą, ale dużo... Jasne... nie wszystkie domy w żydowskich osiedlach burzą, pani przewodniczko, ale burzą też...











Ani jednego dobrego słowa o Izraelu, nawet nie pół. Ani słowa o dostarczaniu im prądu za darmo, ani słowa o pomocy gospodarczej czy lekarskiej. Nawet jak pokazywała jakieś specjalne przejście dla ambulansów i chorych, to umiała tylko powiedzieć, że też muszą czekać, aż zostaną sprawdzeni i jakoś jej się znów zapomniało powiedzieć, ze są sprawdzani, bo już były wypadki, kiedy pod noszami z ,,chorym" ukryta była broń, albo właśnie terrorysta. Nie było też słowa o tym, że ta pomoc lekarska jest również za darmo...

I potem doszło do pokazania ,,gołego dupska" pani przewodniczki, której się nagle zachciało poprawić swój obraz lewaczki z samego centrum lewaczkowic i antyizraelki do kwadratu i ogłosiła dumnie: ,,Potępiam każdy zamach na niewinnych ludzi, ale rozumiem sfrustrowanie Palestyńczyków i powody, dla których to robią"... I wtedy walnęłam jej Goldsteina i powiedziałam, ze bidak tez był sfrustrowany strasznie, że Arabowie chcą nam zabrać Judeę i Samarię i dlatego wziął się i zrobił zamach w Grocie Patriarchów w Hebronie i zamordował z frustracji 29 Arabów... Nu, frustu Goldsteina nie była gotowa zrozumieć...

A potem nagle byliśmy znów na przejściu, którym "wracamy do Izraela". Kazali szoferowi stanąć z boku, wszedł ochroniarz i sprawdził autobus, chciałam mu zrobić zdjęcie, ale poprosił grzecznie, żebym fotografowała co chce, byle nie jego, a przystojniak był... szkoda...





Wśród tej grupy przeważało lewactwo izraelskie, ale byli tez trzeźwo myślący i nawet tacy ,,skrajnie prawicowi" jak ja i to pranie mózgu nie wpłynęło na tę cześć uczestników, bo znają całą prawdę, a nie to, co próbowała przekazać nam wolontariuszka Machsom Watch.
Machsom Watch ma w ogóle 2 razy w tygodniu takie wycieczki też w języku angielskim, dla ludzi mieszkających w Europie lub USA, którzy pojęcia nie mają o Izraelu, o tym konflikcie, o problemach jakie stoją przed Izraelem, o metodach obrony przed terrorem i tym w jaki sposób, za pieniądze Europy i z niesamowitym wysiłkiem tych izraelskich antyizraelskich organizacyjek, przez 8 godzin robi się pranie mózgu.

Daję wam słowo, że nie wiem, jak wyszłam żywo z tej wycieczki, ale było interesująco. Zrobiłam parę zdjęć pięknej Samarii.









Na poniższym zdjęciu ,,osiedle" Ariel na górze, ,,palestyńska" wioska Marda na dole


Zakończyłyśmy ten dzień w jafskiej, arabskiej restauracji rybnej, w której przy sałatkach, rybie i krewetkach wspominałyśmy jak to było przed 1993 rokiem bez checkpoints, intifad, bez muru ochronnego, z niewielką ilością zamachów, bez Fatahu i Hamasu pod bokiem i patrząc się na sąsiedni stół, przy którym siedzieli, jedli i świetnie się bawili uciemiężeni izraelską okupacją Arabowie...




ona jest jak ten mur wokol izraela ktorego gola glowa nie rozbijesz
(forumowicz melord o mnie)