News:

SMF - Just Installed!

Main Menu

wspaniala anna grabowska...

Started by dana, October 24, 2025, 04:39:36 PM

Previous topic - Next topic

dana

'Chcę się z Państwem podzielić tekstem, którego treść uważam za jedną z najbardziej wnikliwych analiz, jakie w ostatnich miesiącach powstały na temat Izraela, wojny i zachodniego spojrzenia na cierpienie.
Charles Rojzman - psycholog społeczny, filozof i autor wielu esejów o przemocy, nienawiści i pojednaniu - pisze tu z niezwykłą przenikliwością o czymś, co zbyt łatwo umyka w publicznych debatach: o granicach empatii.
O iluzji, że współczucie można narzucić dekretem. O tym, jak łatwo moralność Zachodu zamienia się w wygodny rytuał - i jak trudno zrozumieć tych, którzy muszą wybierać między przetrwaniem a zniknięciem.

Niech ten tekst będzie czytany nie jako kolejny głos w sporze, lecz jako próba zrozumienia, dlaczego jedni wciąż wierzą w pokój, a inni po prostu chcą przeżyć.

Piękne dusze
(Les belles âmes)

Charles Rojzman
Tłumaczenie z francuskiego: Anna Grabowska
Źródło: Tribune Juive, 10 października 2025

Pierwsza faza "planu Trumpa została zaakceptowana zarówno przez Hamas, jak i przez Izrael. To fakt, który staje się rzeczywistością: radość rodzin zakładników, chwilowa ulga - i jednocześnie głęboki niepokój. Bo kraj, który wciąż opłakuje swoich zmarłych, zastanawia się, jak może żyć obok tych, którzy tak często marzyli o jego zniknięciu.

Mówi się o "czystce etnicznej", by określić masowe przesiedlenia ludności na południe - w odpowiedzi na oskarżenia o ludobójstwo czy głód celowo wywołany. Te słowa, wypowiadane z zachodnich trybun, niosą ogromny ciężar moralny. Ale nie rodzą się znikąd: oskarżenie odpowiada dawno zakorzenionemu lękowi społeczeństwa, które zdaje sobie sprawę, że jest zagrożone unicestwieniem.

Trzeba dostrzec związek: wezwanie do zniknięcia Izraela - które stało się retorycznym zwyczajem w niektórych środowiskach - spotyka się z uporczywym odrzuceniem współistnienia z tymi, którzy modlą się o wasz koniec. Jedni potępiają "czystkę"; drudzy bronią się przed wymazaniem. Oskarżenie i odmowa odbijają się jak w lustrze - jedno karmi ranę, drugie wzmacnia nieufność.

Jak nie zrozumieć tych w Izraelu, których opinia publiczna nazywa "ekstremistami", bo nie chcą już więcej widzieć Gazy, jej mieszkańców, ich śmiechu i łez? Ci ludzie nie są ideologami - to ocalali z koszmaru. Widzieli, jak ich dzieci zostały rozerwane na strzępy, ich kobiety zgwałcone, a starcy wymordowani. Odmawiają dzielenia sąsiedztwa z tymi, którzy wiwatują nad cudzą śmiercią.

Jak można wymagać od nich miłości wobec tych, którzy filmują się przy zadawaniu śmierci, którzy od lat głosują na organizacje głoszące unicestwienie innego społeczeństwa? Jak można nakazać "być ludzkim", kiedy ich zmarli wciąż dymią, a domy pachną popiołem?

Można - i czasem trzeba - ubolewać, jak zrobiła to pewna znana rabinka, nad brakiem empatii wobec rodzin przygniecionych bombami, wobec istnień uwięzionych w wojnie, której nie wybrały. Ten żal jest ludzki. Ale nie niweluje lęku. Nie można wymagać od ocalonych, by natychmiast współczuli - zwłaszcza gdy ich oprawcy żyją wśród tłumu, od którego zależą.

W zachodnim moralizatorstwie kryje się cicha obsceniczność: mówić o empatii jak o dodatku do cnoty, z perspektywy żyć, w których wojna i strach to tylko pojęcia. Zapominają, że empatia nie jest dekretem - zakłada pokój, bezpieczeństwo, możliwość zaufania. A tego pokoju tam już dawno nie ma. Odkąd całe społeczeństwo Gazy oddało się Hamasowi - śmierci, nienawiści, propagandzie.

Odkąd marzenie o państwie zlało się z projektem religijnego kalifatu. Odkąd samo współczucie stało się zakładnikiem politycznej retoryki.

Można więc potępiać surowość serca, nie zapominając o jej przyczynach. Zemsta nie jest szlachetna, ale ma źródło w ciele tych, których próbowano wymazać. Można wypominać Izraelczykom twardość - nie można im odbierać trzeźwości przekonania, że po tamtej stronie nie dąży się do pokoju, lecz do zniknięcia. To napisane jest czarno na białym - w programach, kazaniach, sloganach: wymazanie Izraela jako horyzont mesjański.

A ci, którzy w to nie wierzą w Europie, czują się z czystym sumieniem, potępiając "fanatyzm" tych, którzy tam nie mają już siły na nadzieję.

Zachód płacze według ustalonego rytuału. Rozdziela łzy i pouczenia z wygodnych salonów dobrobytu. Domaga się umiarkowania, proporcjonalności, prawa międzynarodowego - tych pięknych słów, które nie mają sensu, gdy grzebie się własne dzieci. Wzywa "populację cywilną", jakby Hamas nie wyrósł właśnie z tej populacji, karmiony, wybierany, uświęcany przez nią. Mówi o pokoju, gdy druga strona świętuje śmierć.

Co pozostaje do powiedzenia, jeśli nie to, że empatia stała się dziś luksusem sytych społeczeństw - moralną pozą pozbawioną odwagi?

Trzeba było choć raz zobaczyć obrazy z 7 października: krzyk matki przed spaleniem żywcem, twarz dziecka odbieranego rodzicom, ciała ciągnięte po ulicach pod oklaskami. Patrzenie na to nie jest nienawiścią - to zrozumienie, co znaczy utrata zaufania do człowieka. Może wtedy przestanie się potępiać tych, którzy nie chcą już "dialogować".

Może zrozumiemy, że serce ma swoje granice, i że miłość bliźniego nie zawsze przetrwa pośród krwi własnych.

Błąd "pięknych dusz" Zachodu polega na myleniu moralności z polityką. Mówią tak, jakby historia była akademickim sympozjum, na którym ofiara i oprawca spotykają się w jednym patosie. Rzeczywistość nie zna neutralności ani symetrii - rozstrzyga, krwawi, nie tłumaczy się. Izrael nie walczy z przeciwnikami, lecz stawia czoła religii politycznej, która pragnie jego zniknięcia.

To nie konflikt terytorialny, to walka metafizyczna.

Rozumiem więc - choć nie pochwalam - surowość serca, którą im się zarzuca. Ci, których opinia nazywa ekstremistami, nie szukają moralnej czystości: żądają prawa do życia bez strachu przed śmiercią w łóżku. A jeśli w tym nagim, elementarnym pragnieniu brakuje empatii - spójrzmy najpierw w swoje własne serca. Zobaczymy w nich mniej współczucia niż zmęczenia moralnego, komfortu i lęku przed nazwaniem zła po imieniu.

Bo Zachód w głębi już nie rozumie wojny - bo nie rozumie zła. Przykrywa je dyskursem, relatywizuje, zmienia w "wspólne cierpienie". Izrael je zna. Patrzy mu w twarz. I może właśnie dlatego przeszkadza: bo przypomina, że są jeszcze społeczeństwa zmuszone wybierać między przetrwaniem a zniknięciem, między światłem a nocą.'
***
O autorze

Charles Rojzman (ur. 1942) - francuski psycholog społeczny, filozof i publicysta, twórca koncepcji "terapii społecznej" (thérapie sociale), stosowanej w pracy z grupami dotkniętymi przemocą, uprzedzeniami i konfliktami etnicznymi.
Autor licznych książek o nienawiści, tożsamości zbiorowej i pojednaniu społecznym, m.in. La Haine, une maladie de la démocratie ("Nienawiść - choroba demokracji") oraz Changer ensemble le monde ("Zmieniać świat wspólnie").
Znany z bezkompromisowych analiz mechanizmów przemocy symbolicznej i moralnego komfortu Zachodu.

Photo Adam Gray/The New York Times

ona jest jak ten mur wokol izraela ktorego gola glowa nie rozbijesz
(forumowicz melord o mnie)