News:

SMF - Just Installed!

Main Menu

Wspomnienia z Izraela

Started by kasiak, December 18, 2016, 10:12:34 PM

Previous topic - Next topic

szames

Quote from: dana on February 06, 2017, 08:38:20 PM
fantastyczne te zdjecia shames...


Dzięki Dano :). Mam tych zdjęć jeszcze więcej, ale laptop nawalił i nie chce płyty czytać, a te, które zamieściłem, ściągnąłem z fejsowego profilu. Mało by brakowało, bym w Jerozolimie już nie mógł robić zdjęć, bo w Eilacie, w tej wieży przy brzegu morza, wyleciała mi bateria. Kiedy się zorientowałem, że aparat jest pusty, to kolega odnalazł zgubę  :)

dana

ona jest jak ten mur wokol izraela ktorego gola glowa nie rozbijesz
(forumowicz melord o mnie)

kasiak

Sklepik na Starym Mieście w Jerozolimie - jak z bajki...



... i jeszcze jeden, z minerałami z Morza Martwego - ale soli!


dana

stare miasto jest niesamowite wogole, a ta zydowska dzielnica to palce lizac... :)
ona jest jak ten mur wokol izraela ktorego gola glowa nie rozbijesz
(forumowicz melord o mnie)

szames

#79
14 lutego 2011
Wybrałem się w podróż życia. Dosłownie. Mój pierwszy paszport, pierwszy zagraniczny wyjazd i dokąd? Do Erec Israel. Do kraju mych marzeń. Szkoda tylko, że ta podróż była krótka, bo zaledwie liznąłem brzeg Morza Słonego i trzeba było wracać. Ale zanim wróciłem, dałem się oczarować Ziemi Prześlicznej i.....to oczarowanie trwa do dziś.
Wylot z mroźnej Warszawy, temperaturka minus 10. Na lotnisku owionęła nas atmosferka wielkiej przygody, wielkiego świata. Usiedliśmy w lotniskowym barze siorbiąc kawę  czując podekscytowanie podróżą. Ale co to za podróż  :), niecałe 4 godziny lotu. Jednak dla kolegi to i tak za dużo, to jego pierwszy lot, więc....powiedział, że nie wejdzie na pokład, zanim nie walnie małpeczki /100 gram? wódki/. Co powiedział, to uczynił. Ale czy mu coś pomogło, śmiem wątpić, bo miał przerażenie w oczach, jak wystąpiły turbulencje  :D.

Na Ben Gurionie cała ekipa wycieczkowiczów się rozciągnęła jakoś, że w pewnym momencie zostaliśmy sami z kolegą. Jak damy sobie rade na odprawie? Obydwaj znający angielski w stylu "ja nosić kalosić, my nosimy kalosimy" lub "ty mówić powoli, ja sie tuszo domyślać :D. Jednak znaleźliśmy naszą opiekunkę, która zapobiegliwie pobiegła naprzód by odebrać nasze bagaże.
W punkcie zbiórki pierwsze pytanie: jaka jest temperatura na zewnątrz? 18 stopni!!! Ło rrrranyyy. Szybka zmiana ciuchów z zimowych na letnie i marsz do czekającego nas autobusu. Po wyjściu z holu lotniska na zewnątrz niesamowite uczucie ciepła, słońce....gdzie Polska, gdzie nasza zima? Szok temperaturowy ;).
Nasz cel, to Netanya, gdzie mieliśmy nocować, ale wcześniej zaliczyliśmy szybką wędrówkę po uliczkach Jaffo. Szybką, no cóż, to zorganizowana wycieczka. To tu mieści się /tak mówi tradycja/ dom Szymona garbarza, u którego przebywał apostoł Piotr. To nasze pierwsze zetknięcie z historią biblijną. Oczywiście na koniec  pobytu w Jaffo, obowiązkowa wizyta na wzgórzu, z którego rozpościera się widok na Tel Aviv. Cudne. Niesamowite. Zwłaszcza, że to, na co patrzę, widzę swoimi oczami, a nie patrzę na fotkę, którą widziałem wielokrotnie. Teraz widzę sam egzotyczną roślinność, czuję temperaturę otoczenia, czuję zapach. Eeeechh, chciałoby sie usiąść spokojnie, wypuścić wzrok przed siebie, nie spieszyć się, wieczór taki ciepły.... .
Jedziemy do Netanii. Podróż, którą powinna trwać 20 minut, trwała 2 godziny. Koooorek. Mega korek. W hotelu Margoa czekała nas smakowita kolacja i przesympatyczny kelner, a potem...szybka wymiana walut i do miasta  :), nie spać, zwiedzać. DO późnych godzin nocnych. Dziwiliśmy się, że tylko my dwaj ruszyliśmy się z hotelu. Już bez pośpiechu, bez przewodnika udaliśmy się poszwendać. Podpatrywać życie Izraelczyków na tyle, na ile się da.
Przyjechaliśmy z zimnego kraju, gdzie zamarzło wszystko. Tu na miejscu, w Netanii łowiliśmy dźwięki, zapachy i ciepło, to, czego brakowało u nas.

W pierwszym sklepie wyszła na jaw nasza kulawa znajomość hebrajskiego. Zabawna sytuacja. Było już ciemno, gdy weszliśmy do sklepu po piwo i mówimy: boker tov, a sprzedawca wyglądający na Rosjanina, spojrzał na nas spode łba i poprawił: erev tov. No dobra, erev tov, mówimy, po ile piwo? On - 10 szekel, a my - 6 szekel. On 10. No to dzięks, poszliśmy dalej sie targować. Cieszyliśmy się, że tu można się targować, to było dla nas coś nowego :D
Wieczorem na ulicach pełno hałaśliwej młodzieży mimo późnej pory. Przechodziliśmy pomiędzy nimi i co nas dziwiło, to to, że nikt nas nie zaczepił. Nabijaliśmy sie sami z siebie, że Mosad doniósł tutejszym, że uprawiamy jiu-jitsu  :(), więc dlatego bezpiecznie mogliśmy sie poruszać :D
Poranek w Netanii, tak, jak na fotce, był raczej zimny, pochmurny, nie taki jak miniony wieczór. Było tak zimno, że facet na parkingu strzeżonym miał rozpalone sporej wielkości ognisko i grzał się przy nim. A nas ogarnęło zdziwienie: w mieście ognisko??? Szybki wybieg na pobliski skwerek, który sprawiał wrażenie, że latem muszą odbywać się na nim imprezy rozrywkowe, a potem zaraz nad morze porobić zdjęcia, szybko śniadanie, no i do autobusu.
No i w drogę, do Cezarei Nadmorskiej....

dana

mam nadzieje, ze to bedzie opowiesc w odcinkach... :)
ona jest jak ten mur wokol izraela ktorego gola glowa nie rozbijesz
(forumowicz melord o mnie)

szames

Quote from: dana on February 13, 2017, 11:16:41 PM
mam nadzieje, ze to bedzie opowiesc w odcinkach... :)

Mam nadzieję, że tak  ;).

lipniaczek

...uuuu, Szames - dobry poczatek... teraz przerwa na reklame...
8)

kasiak


szames

Postaram się jutro coś napisać, dziś dopiero wróciłem z pracy  :)

dana

ona jest jak ten mur wokol izraela ktorego gola glowa nie rozbijesz
(forumowicz melord o mnie)

kasiak

A myśmy mieli przylecieć do Izraela około południa i po południu pochodzić po Jerozolimie - a tu wyszły z tego nici, bo nasz samolot miał nieaktualny przegląd techniczny i wylecieliśmy z kilkugodzinnym opóźnieniem. Jak przylecieliśmy, to już było ciemno, po szóstej i trzeba było jechać do hotelu. Pierwsze noce spędziliśmy w Betlejem i to była nasza baza wypadowa.  :)

dana

ona jest jak ten mur wokol izraela ktorego gola glowa nie rozbijesz
(forumowicz melord o mnie)

szames

15 lutego 2011
Siedzimy już w autobusie, a ja mam jeszcze przed oczami minioną noc na plaży w Netanii:, dociera do nas świadomość, że jesteśmy w kraju naszych marzeń. Świadomość, że jesteśmy tak daleko od domu. To taki pierwszy łyk Izraela, pierwsze zachłyśnięcie się nim, pierwsze oddzielenie się od reszty wycieczkowiczów, samodzielne szwendanie się po uliczkach Netanii i pierwszy łyk Gold Stara. Siedząc na obcej nam plaży czuliśmy się właściwie, jak u siebie. Sączyliśmy leniwie piwo, leniwie, bo przecież nikt i nic nas nie poganiało, nad nami tylko czerń nocy i ....ciepło. Gdzieś w restauracji świecił sie termometr - plus 12 stopni. Dla nas, to bardzo ciepło  :). Woda w Morzy Śródziemnym ciepła. A my przyjechaliśmy tu, by czuć ten kraj, a nie spać. Tego byliśmy pewni obaj.
Siedząc na plaży, zauważyliśmy gdzieś przemykającego pod klifem, przechodnia. Pełni zachwytu i prawie w niebie :), krzyknęliśmy w jego stronę: lechaim ;). O dziwo, odkrzyknął nam tym samym :D. Nu, to za Izrael, lechaim :)

Chłodny poranek, jakim przywitała nas Netanya wpakował nas do ciepłego autobusu. Śniadanie, jak wszystkie posiłki w późniejszych miejscach naszych noclegów, było baaardzo obfite i całkowicie wystarczające do obiado-kolacji.
Ruszamy na północ Izraela. Dziś w planie Cezarea Nadmorska, Haifa, Nazaret, a nocleg w Tyberiadzie.
Gdy dojeżdżamy do Cezarei, niegdyś siedziby słynnego rzymskiego prefekta Poncjusza Piłata, temperatura sie podnosi i chłodnego ranka już nikt nie pamięta. Wjeżdżamy do portu budowanego przez świrniętego na punkcie władzy, Heroda Wielkiego. Tak, świrniętego, że za jego panowania było powiedzenie, iż bezpieczniej na jego dworze było być świnią, niż synem. Wysiadamy z autobusu i spotykamy sie z handlarzem judaików, a przede wszystkim kip. Tu poznajemy potem często spotykane zdanie handlarzy: łan dolar, łan dolar :D
Z Cezarą był związany pobyt postaci nowotestamentowych: apostołów Piotra i Pawła
Rozmach, z jakim budował Herod to, czego ruiny mogliśmy oglądać, budzi podziw, bo na myśl przychodzi nasza Ojczyzna, której w czasie Heroda nawet jeszcze nie było, a ludzie w Europie spali na mchu i gałęziami sie przykrywali :D. Herod rzeźnikiem był, bodajże nawet swojej ukochanej żonie nie żałował miecza, ale ponoć za jego rządów dobrze się podróżowało, bo budował drogi i było na nich dość bezpiecznie.
Oglądamy resztki portu, hipodromu i cieszymy oczy barwą żółtego kamienia, z którego wszystkiego budowle. Ten kamień, to chyba w całym Izraelu.
Nie wspomniałem o amfiteatrze, godnym obiekcie podziwiania. Usiedliśmy sobie wysoko na trybunach, a na scenę poszły dwie osoby, które coś tam wygłaszały. O dziwo, słychać było wszystko bardzo wyraźnie bez elektrycznego nagłośnienia. Nu, wteeedy to była technika  i nikt politechniki nie kończył  :().
Szybkie fotki, no i dalej, jak to mówi nasza przewodniczka - yallah  :D
Nieco dalej od portu Heroda, zanurzamy stopy w zimnych dziś wodach Morza Śródziemnego. Nie tak ciepłych, jak wczoraj w Netanii, ale to normalne, bo dziś temperatura oscyluje coś koło 25 stopni, więc  jest większa różnica temperatur wody i powietrza i dlatego wydaje nam się zimna. Nad brzegiem podziwiamy rzymski akwedukt, którym do Cezarei dostarczano wodę. Skąd? Nie pamiętam.
Doliną Szarona zmierzamy do Haify. Po drodze poznajemy powiedzenie izraelskie, że Izraelczycy w Jerozolimie Boga miłują, w Haifie pracują, a w Tel Avivie balują  ;).
W oczy rzuca się coś, czego nie ma w Polsce, a mianowicie na ziemi wszędobylskie rurki, którymi doprowadzana jest woda do każdego krzaczka, do każdej palmy.
W Haifie zatrzymujemy sie na chwilę u podnoża Góry Karmel, miejsca pobytu ważnego w judaizmie proroka Eliasza, na którą zaraz pojedziemy zwiedzać Ogrody Bahajów. Wysiadamy z autobusu i zadziwia nas drzewko pomarańczowe, obficie obsypane owocami. Dla nas to coś egzotycznego, wszak te owoce widujemy tylko w sklepie.
Tu tylko chwilka na fotki na wymienione ogrody lecz z dołu i grzejemy na górę. W drodze mijamy jakieś centrum, w którym przypuszczamy, spotykają sie Żydzi, chrześcijanie i muzułmanie, bo na budynku są symbole tych trzech religii. Nu, ale to było 6 lat temu, może dziś tego nie ma.
A na górze nasze oczy czekała uczta. Weszliśmy do ogrodu Bahajów, położonego na dwunastu tarasach. Nie zanurzałem sie w znaczeniu tej nowej religii, ale zmysł gospodarowania przestrzennego niewątpliwie mają. Nie tylko ogrody przykuły naszą uwagę, lecz widok na Morze Śródziemne, rozpościerający się przed nami. Piękna pogoda pozwoliła wypuścić oczy daleko w morze i usiąść nimi na pokładach jednostek handlowych i  wojennych, stojących na kotwicy, bądź przemykających w siną dal,  lub na suwnicach portowych.  Zaiste, tu ludzie pracują.
Narzuca mi się porównanie Haify do Gdyni. Też mamy swoją górę "Karmel", czyli Górę Kamienną i też z niej widok na morze, port, przystanie jachtowe.
Przez Kanę Galilejską, gdzie Jeszua zamienił wodę w wino, jedziemy do Nazaretu. Kana jest zamieszkana przez Arabów, co.....widać. Wcale nie po ludziach, a po brudzie na ulicach, szmatach w oknach i ogólnym bałaganie. Nie ma tu nic ciekawego do zwiedzania poza dwoma kościołami: prawosławnym i katolickim, które konkurują ze sobą w temacie, w którym z nich Jeszua dokonał znanego cudu. Zatem pomykamy dalej.
Mijamy arabskie wioski, z takim samym bałaganem na ulicach, jak w Kanie i zmierzamy do Nazaretu, miejsca pobytu Jeszuy, syna cieśli. 6 lat temu Nazaret był zamieszkiwany przez większość arabską, co słychać w wyciach muezina, dziś pewnie to sami muzułmanie. Chrześcijanie nie są tam mile widziani. Zatem i my nie wjeżdżaliśmy do centrum, a udaliśmy się na górę, zwaną przez tradycję, Górą Strącenia. W ewangelii jest mowa, że Jeszua miał być z niej strącony po wypowiedzeniu słów z Tanachu, które miały jakoby odnosić sie do Niego. Ale.......ile kościołów w tamtejszym rejonie, tyle również Gór Strącenia  :).
Góra ta jest warta wspomnienia, ponieważ z niej rozpościera się wspaniały widok na Dolinę Izrael, największą i najbardziej żyzną dolinę w Izraelu. Ponoć to ta dolina, która w Nowym Testamencie, w Księdze Objawienia, jest nazwana Doliną Har Megido. Nie wiem, czy dobrze zapamiętałem.
W odległej perspektywie zaś leżą góry, z których pochodził Saul, pierwszy król Izraela, a z lewej strony jest Góra Tabor, na której walczyła izraelska starotestamentowa prorokini Debora. Jak to Dana nieraz mówiła, na każdym kroku spotkanie z historią :).

Po siedemnastej godzinie znaleźliśmy się w Tyberiadzie. Tu wypada nasz nocleg, a nawet dwa.
Wieczorkiem, po obiado-kolacji, udaliśmy sie w miasto, podglądać życie Izraelczyków, jak zmierzają do domów, jak siedzą w pubach, na skwerkach, pracują lub zamykają swoje interesy. Chcąc całkowicie wtopić się w tło, założyłem swoją ulubioną kipę, która mi zawsze towarzyszyła, gdy wraz z moją podopieczną jeździłem na szabat do gminy.
Z pierwszym noclegiem przypomina mi się taka scena.
Ciut przed północą cedzimy leniwie Gold Stara i siedzimy sobie na skwerku nieopodal hotelu Astoria i obserwujemy, jak do skwerku zbliża się ortodoksyjnie ubrana para. Oboje byli chyba już nie młodzi. Na skwerku były przyrządy do ćwiczeń. Oboje ku naszemu zdziwieniu podeszli do nich i....wzięli sie za ćwiczenia, każde na swoim przyrządzie :). Trwało to, bo ja wiem? Pół godziny? Może więcej? A myśmy jak urzeczeni patrzyli na parę starszych, szczęśliwych Żydów, którzy nie musieli przed nikim się kryć, obawiać, chować swojej tożsamości religijnej, ani tym bardziej, narodowej. To był bardzo piękny obrazek z Izraela, który pod powiekami mam do dziś.
Nu, a dziś ahuvim, laila tov  :)


kasiak