News:

SMF - Just Installed!

Main Menu

andrzej koraszewski jak zwykle swietny...

Started by dana, December 31, 2016, 01:38:45 PM

Previous topic - Next topic

dana

Świąteczny prezent zachodniej demokracji dla światowego terroryzmu

Andrzej Koraszewski

Przed odejściem z Białego Domu Barack Obama postanowił wzmocnić morale w obozie terroru i zniszczenia. Swoje długie zabiegi rozpoczął osiem lat temu od słynnego przemówienia w Kairze i zaproszenia do współpracy Bractwa Muzułmańskiego, a zakończył  (jeśli jest to jego ostatnie słowo) ostatecznym przekreśleniem umów z Oslo i pełnym poparciem dla terrorystów udających, że dążą do rozwiązania w postaci dwóch państw.

W dzień przed wigilią połączony wysiłek państw demokratycznych i dyktatur w rodzaju Wenezueli, Chin i Rosji pozwolił na uchwalenie w ciągu niespełna 20 minut rezolucji Rady Bezpieczeństwa nie tylko haniebniej, ale w najwyższym stopniu groźnej dla zachodniego świata.  Jej ostrze pozornie skierowane jest wyłącznie przeciwko Żydom, obawiam się, że jej skutki okażą się znacznie poważniejsze i będą podobne do konsekwencji ustępstw, jakie swego czasu czyniono wobec porywaczy samolotów przez drużynę Jasera Arafata.

Organizacja Wyzwolenia Palestyny od Żydów ani na moment nie zmieniła swoich celów, Zachód ani na chwilę nie zrezygnował ze swoich odwiecznych tradycji i przesądów.

Obama dumny jest ze swojego głównego osiągnięcia, jakim była umowa z Iranem utrwalająca konflikt szyicko-sunnicki, przecierająca drogę dla broni jądrowej Iranu i dążeń do broni atomowej Arabii Saudyjskiej, Turcji i Egiptu. Wszystkie jego kroki na arenie międzynarodowej systematycznie wzmacniały siłę politycznego islamu dążącego do dominacji nad światem.

Totalitaryzmu nie wymyślili komuniści ani naziści. Totalitaryzm jest dziedzictwem teokracji, marzeń o królestwie bożym na ziemi, w którym wszyscy wierzą w jednego boga i nikt nie waży się myśleć inaczej. Radykalny islam, czy ten z Teheranu, czy ten inspirowany przez Bractwo Muzułmańskie, salaficki islam Państwa Islamskiego, czy Hamasu, wahabizm Arabii Saudyjskiej, czy wreszcie ,,umiarkowany" i nadzorowany przez agenta KGB Abbasa, islamizm Organizacji Wyzwolenia Palestyny od Żydów może być wewnętrznie skłócony i morderczy dla muzułmańskich konkurentów, ale ostateczny cel ma jeden – zniszczenie demokracji i podbój świata, całego świata, chociaż zniszczenie Jerozolimy jest celem najbliższym.     

Rezolucja Rady Bezpieczeństwa z 23 grudnia 2016 roku może komuś wydawać niewinna i sprawiedliwa. Jak twierdzą jej twórcy, jest wyważona. Ta rezolucja podobnie jak wiele innych zaczyna się od osobliwej preambuły:
,,Kierowani celami i zasadami Karty Zjednoczonych Narodów i potwierdzając zasadę niedopuszczalności zdobyczy terytorialnych przemocą..."
Dumnie głosi rezolucja uchwalona przez Rosję, Wielką Brytanię, Francję, Chiny oraz dziesięć innych państw i nikt nie wybucha gromkim śmiechem.

Jeśli uchwalające tę rezolucję mocarstwa okupacyjne były świadome historii terytoriów spornych, których dotyczy rezolucja, to celem było jej ukrycie przed opinią publiczną. Dalej bowiem czytamy:
,,Potępiając wszystkie kroki zmierzające do naruszenia demograficznej kompozycji, charakteru i statusu Terytoriów Palestyńskich okupowanych od 1967 roku, w tym Wschodniej Jerozolimy, budowy i rozbudowy osiedli, przenoszenia izraelskich osadników, konfiskaty ziemi, burzenia domów i eksmitowania palestyńskich cywilów, z naruszeniem międzynarodowych praw człowieka i odpowiednich rezolucji..."
Właściwie w tym miejscu można cytowanie tej rezolucji zakończyć i ciekawych czytelników odesłać do jej pełnego tekstu w angielskim  oryginale. W tym jednym akapicie zawiera się wszystko. Pominięto decyzję Ligi Narodów o przeznaczeniu na Dom Żydów terytorium Mandatu Palestyńskiego między rzeką Jordan a Morzem Śródziemnym, przeznaczenie na państwo Arabów palestyńskich Transjordanii (dzisiejszej Jordanii), a więc ponad 70 procent Palestyny, pominięto odrzucenie przez kraje arabskie wszystkich pokojowych propozycji przed powstaniem Izraela, wojnę 1948 roku i zajęcie przez armię jordańską Judei i Samarii oraz Wschodniej Jerozolimy, wymordowanie mieszkającej tam ludności żydowskiej i wygnanie pozostałych przy życiu Żydów, formalną aneksję tych terytoriów przez Jordanię i przemianowanie Judei i Samarii na Zachodni Brzeg, masowe osadnictwo Arabów z Jordanii na terenie ,,Zachodniego Brzegu", okupację tych terenów od 1948 roku do 1967 roku przez Jordanię.

Rezolucja nie wspomina faktu, że nazwa ,,Terytoria Palestyńskie" nie odnosiła się do żadnego istniejącego państwa, zaś linia przerwania ognia w 1949 roku nigdy, przez żadną stronę, ani przez żadne międzynarodowe gremium, nie została uznana za ostateczną granicę. Umowy w Oslo stanowiły wyraźnie, że ostateczna granica musi być ustalona w negocjacjach, przy czym wstępnie zgodzono się, że są to tereny sporne, a linia zawieszenia broni nie będzie przyszłą granicą. Izrael zgodził się na utworzenie drugiego państwa Arabów palestyńskich pod hasłem ,,ziemia za pokój", pod warunkiem zapewnienia bezpieczeństwa i rezygnacji ze strony reprezentującej Palestyńczyków Organizacji Wyzwolenia Palestyny swojego głównego statutowego celu oraz zdecydowanego i uczciwego uznania prawa Izraela do istnienia, jak również takiej korekty granic z przyszłym państwem, która zapewni minimalne bezpieczeństwo ludności Izraela.

Stany Zjednoczone, które zabiegały o tę rezolucję od wielu miesięcy (o czym świadczą chociażby ujawnione rozmowy Johna Kerry'ego w Nowej Zelandii z listopada 2016), nie założyły weta, ale wstrzymały się od głosu. Reprezentująca administrację prezydenta Obamy Samanta Power po tym głosowaniu wyjaśniała:
,,Nie możemy przeciwstawiać się tej rezolucji, pragnieniu by dwa państwa żyły obok siebie w pokoju i bezpieczeństwie."
Nikt się nie roześmiał, wszyscy zachowali powagę w obliczu zbliżających się świąt.

,,Nie pozwolilibyśmy na uchwalenie tej rezolucji, gdyby nie uwzględniała kontrproduktywnych działań Palestyńczyków" – mówiła dalej, dodając, że ta rezolucja nie zmienia niezwykłego poparcia Stanów Zjednoczonych dla izraelskiego bezpieczeństwa.

Historia wzrastania w siłę islamistycznego totalitaryzmu zaczyna się od świątobliwego prezydenta Jimmy Cartera, który w 1979 roku uznał, że Ruhollah Musawi Chomeini jest bożym człowiekiem, zesłanym światu przez Opatrzność. Ten prezydent szczerze wierzył w możliwość pokoju między Izraelem a Palestyńczykami reprezentowanymi przez Organizację Wyzwolenia Palestyny od Żydów, wierzył również, że uzbrojenie afgańskich Talibów w amerykańską broń podoba się jego Bogu i jest najwspanialszym pomysłem pod słońcem. Dziś jest starcem wierzącym, że Hamas osiągnie swój cel i zetrze Izrael z powierzchni ziemi.

Nie można zrozumieć polityki prezydenta Obamy, nie cofając się do katastrofalnej polityki prezydenta Cartera.   

Organizacja Wyzwolenia Palestyny od Żydów została założona w 1964 roku przez Ligę Arabską ze Związkiem Radzieckim na czele. Od pierwszej chwili była organizacją par excellence terrorystyczną, szkoloną i zbrojoną przez Związek Radziecki, której głównym celem było zabijanie Żydów oraz sianie terroru w krajach zachodnich. Charakteryzowały tę organizację próby przewrotów w Jordanii, Libanie i Tunezji, zamachy terrorystyczne, porwania samolotów.

Początkowo organizacja nie miała żadnych odniesień do religii, była świecka, a dokładniej komunistyczna. Walka o ,,palestyńskie państwo" oraz sama idea palestyńskiego narodu wyłoniła się dopiero po wojnie sześciodniowej, i wykrystalizowała się w początkach lat 70. ubiegłego wieku.   

Kraje zachodnie rozpoczynały rozmowy z Organizacją Wyzwolenia Palestyny w reakcji na porwania samolotów. Przegrana wojna Związku Radzieckiego w Afganistanie, a potem upadek radzieckiego imperium, radykalnie zmieniły pole gry. Komunizm nie tylko utracił atrakcyjność jako ideologia, ale przede wszystkim  Związek Radziecki przestał dostarczać broń i finanse. Nową nadzieją był podatny na terrorystyczny szantaż Zachód.

Taktyka nieustannych ustępstw wobec terrorystów trwała i trwa nadal. Czy w kwestii palestyńskiej Zachód prowadził cyniczną grę, czy autentycznie dawał się oszukiwać bardzo marnie zamaskowanym kłamstwom Arafata, a potem Abbasa? Organizacja Wyzwolenia Palestyny nie uznała prawa Izraela do istnienia, nie zrezygnowała z terroru i nie podjęła pokojowych negocjacji, co więcej, cały (finansowany przez Zachód) system edukacyjny był i jest systemem podżegania do nienawiści i kształcenia morderców. Zachód wywierał niezłomne i nieustanne naciski na Izrael i ograniczał się do całkowicie symbolicznych gestów w sprawie zakończenia podżegania do terroru, zaprzestania terroru, nagradzania terrorystów, faktycznego uznania prawa Izraela do istnienia, a wreszcie rozpoczęcia pokojowych negocjacji. Spokojnie przyglądał się morderczej konkurencji między Autonomią Palestyńską, Hamasem i Islamskim Dżihadem o to, kto jest lepszym terrorystą i kto zgarnie finansowe nagrody za zabijanie Żydów. Astronomiczna pomoc Zachodu dla ,,Palestyńczyków" lądowała w kieszeniach przywódców organizacji terrorystycznych i w sytuacji baraku reakcji na to jak te pieniądze są wykorzystywane, nie można tego nazwać inaczej jak nagrodą dla terrorystów z nadzieją, że ten terror będzie się kierował wyłącznie przeciwko Żydom. Świadomość, że ,,sprawa palestyńska" stała się częścią globalnego dżihadu, była albo skutecznie blokowana, albo odrzucana wraz z przekonaniem, że żaden globalny dżihad nie istnieje.     

Prezydent Obama nie wierzy w globalny dżihad, wierzy w walkę z Państwem Islamskim, które jest nie-islamskie, i w walkę z grożącą światu islamofobią.

Nie, nie wiemy co mówi do najbardziej zaufanych, kiedy jest pewien, że nikt go nie podsłuchuje i chyba nie jest to specjalnie istotne. Konsekwencje jego polityki będą się ujawniać jeszcze przez dziesięciolecia. Prezydent Obama radykalnie wzmocnił siłę militarną Iranu oraz morale tak szyickich, jak i sunnickich islamistów. Jeśli liczył na odwzajemnienie miłości ze strony irańskiego Najwyższego Prawodawcy to się tego nie doczekał, trudno podejrzewać, że uczciwie wierzył, że Abbas chce pokoju, a jeszcze mniej prawdopodobne jest, że wierzył, że Abbas ma mandat i poparcie palestyńskiego społeczeństwa. Nie da się uwierzyć, że nie znał historii likwidacji osiedli żydowskich w Gazie i wycofania stamtąd izraelskich wojsk, w żaden sposób nie można uwierzyć, że nie znał zapowiedzi darzonego przez niego przyjaźnią bez wzajemności Alego Chameneiego, że ,,uzbroi Zachodni Brzeg tak jak uzbroił Gazę".  Nie można również uwierzyć, że kiedykolwiek przez jedną sekundę wierzył w swoje zapewnienia o gwarancjach bezpieczeństwa dla Izraela.

Wymowa tej rezolucji jest jednoznaczna – jest kolejną nagrodą dla terrorystów palestyńskich za zabijanie Żydów. Nagrodą przyznaną z pomocą Wielkiej Brytanii i Francji oraz kilku mniej demokratycznych krajów. Nie ma najmniejszych podstaw, by sądzić, że Obama wierzy, iż żydowskie osiedla są przeszkodą do pokoju, jest również wiele powodów, by podejrzewać, że dobrze wie, że irański przywódca dotrzyma słowa.





Radość w obozie terroru i zniszczenia jest bezgraniczna, ale nie narusza w najmniejszym stopniu nienawiści do Ameryki, do całego Zachodniego Świata i do demokracji. Wyznawcy totalitarnej ideologii otrzymali prezent, który zamierzają dobrze wykorzystać.

http://www.listyznaszegosadu.pl/notatki/swiateczny-prezent-zachodniej-demokracji-dla-swiatowego-terroryzmu



ona jest jak ten mur wokol izraela ktorego gola glowa nie rozbijesz
(forumowicz melord o mnie)


dana

ona jest jak ten mur wokol izraela ktorego gola glowa nie rozbijesz
(forumowicz melord o mnie)

dana

#3
ja podaje tylko krotkie informacje, ale malgorzata robi to dokladnie i swietnie... warto przeczytac...


Wiecie, to Palestyńczycy zbudowali Jerozolimę

Z materiałów MEMRI


Żydzi to nie Żydzi, Jezus to Palestyńczyk, żadnej żydowskiej świątyni w Jerozolimie nie było, archeolodzy nie znaleźli żadnych śladów starożytnych Żydów w Palestynie, co stanowczo potwierdzają rezolucje instytucji międzynarodowych. Jeśli nowy Sekretarz Generalny ONZ ma jakiejś dziwne wyobrażenia o historii, to niech je sobie zachowa dla siebie, a nie wypowiada ich głośno w imieniu ONZ.

Dom wariatów? Nie publicysta i polityk palestyński, na marginesie wypowiedzi nowego sekretarza generalnego ONZ, António Guterresa.


Przedstawiciele Fatahu i OWP ostro zaatakowali nowego sekretarza generalnego ONZ, António Guterresa, za jego wypowiedź 28 stycznia 2017 r. dla radio izraelskiego. Guterres powiedział, że nie ulega wątpliwości, iż dzisiaj Jerozolima jest święta dla wszystkich trzech głównych religii monoteistycznych, ale jest "całkowicie jasne, że świątynia, którą zniszczyli Rzymianie, była świątynią żydowską"[1].

Przedstawiciele palestyńscy powiedzieli, że wypowiedzi Guterresa zachęcają Izrael do nasilenia ,,kroków przeciwko Jerozolimie", stanowią bezpośrednią agresję przeciwko prawu narodu palestyńskiego do tego miasta i wymierzają cios międzynarodowym wysiłkom na rzecz pokoju. Podważają także wiarygodność ONZ i są sprzeczne z prawdą, historią i rezolucją UNESCO z października 2016 r., że meczet Al-Aksa jest miejscem muzułmańskim.

'Omar Al-Ghoul, publicysta gazety AP, "Al-Hayat Al-Jadida", który był doradcą byłego premiera AP, Salama Fajjada, opublikował zjadliwy artykuł, w którym zażądał, by Guterres przeprosił naród palestyński za niesprawiedliwość swoich uwag. Jerozolima i cała Palestyna, od rzeki do morza, należy do narodu palestyńskiego, napisał, i Żydzi nie mają z nimi żadnego związku. Dodał, że Jerozolima należy wyłącznie do muzułmanów i chrześcijan i że w Palestynie nigdy nie było Świątyni Salomona. 

Poniżej podajemy fragmenty jego artykułu oraz innych reakcji na wypowiedzi Guterresa.

Przedstawiciele Fatahu i OWP: komentarze sekretarza generalnego zadają cios wiarygodności ONZ, zachęcają do terroryzmu przeciwko Palestyńczykom

Członek komitetu wykonawczego OWP, Ahmed Madżdalani, nazwał wypowiedzi sekretarza generalnego ONZ "poważnym pogwałceniem polityki i ciosem w wiarygodność ONZ jako ciała międzynarodowego, pokazujący stronniczość wobec siły okupacyjnej". Dodał również:
,,Sekretarz generalny powinien wyjaśnić swoje uwagi, które podważają międzynarodowe wysiłki na rzecz pokoju i dają okupantowi zielone światło do nasilenia kroków przeciwko Jerozolimie... Sekretarz generalny wydaje się być niepoinformowany i nieposiadający aktualnych informacji w dziedzinie, którą porusza, a my przypominamy mu o rezolucji UNESCO, która uważa meczet Al-Aksa i cały Haram Al-Szarif [tj. Wzgórze Świątynne] za święte miejsce islamskie przeznaczone na oddawanie czci"[2].
Zastępca sekretarza Komitetu Rewolucyjnego Fatahu, Fajez Abu 'Aita, nazwał wypowiedzi sekretarza generalnego ,,bezpośrednią agresją przeciwko prawu narodu palestyńskiego do Jerozolimy i pokaz stronniczości wobec okupanta przez legalizowanie i wzmacnianie nielegalnej obecności izraelskiej w Jerozolimie". Dodał, że wypowiedzi te "zachęcają Izrael do używania terroryzmu przeciwko ludowi palestyńskiemu, do atakowania miejsc świętych dla islamu i chrześcijaństwa i do kontynuowania ekspansji budowy osiedli aż zostanie wyeliminowana zasada dwóch państw"[3].

Publicysta gazety AP: Jerozolima i cała Palestyna, od rzeki do morza, jest ziemią muzułmańską

'Omar Al-Ghoul, publicysta gazety AP, "Al-Hayat Al-Jadida" i były doradca premiera AP Salama Fajjada podczas jego kadencji, ostro potępił Guterresa:
"Świat wyraził wielki optymizm z powodu niedawnego mianowania pana António Guterresa na sekretarza generalnego ONZ, szczególnie w świetle obietnicy zreformowania tej czołowej instytucji międzynarodowej, aby była w stanie szybciej i energiczniej śledzić wydarzenia na całym świecie. Ten optymizm jest jednak najwyraźniej źle umieszczony, ponieważ ktoś, kto chce zreformować i obudzić organizację międzynarodową, nie odbiega od Karty ONZ ani od jej rezolucji i reguł, ale musi zamiast tego być mądrzejszy i śmielszy przy zajmowaniu stanowiska politycznego zamiast czynienia komentarzy na poczekaniu zgodnie ze swoimi kaprysami i wąskimi interesami.

António Guterres uczynił wyraźny i oczywisty błąd wobec pokoju i procesu politycznego w sprawie izraelsko-palestyńskiej, kiedy powiedział... że wierzy w związek między Jerozolimą a Żydami. Sekretarz generalny twierdził, zaprzeczając rezolucji UNESCO, historii i faktom, że jego zdaniem – które odbiega od prawdy i faktów – jest jasne tak jak jasne jest słońce, że 'świątynia, która została zniszczona przez Rzymian, była świątynią żydowską'. Tak więc nowy sekretarz generalny wpadł w pułapkę własnego niezrównoważonego poglądu, ponieważ kwestia Jerozolimy i krwawe porachunki palestyńsko-izraelskie nie są rozwiązywane osobistymi opiniami. Panie Sekretarzu Generalny, pana osobista opinia jest wyłącznie pańska i nie jest wiążącym stanowiskiem dla ONZ ani dla narodów świata. Panu, jako sekretarzowi generalnemu, nie wolno angażować ONZ w stanowisko, którego ONZ nie potrzebuje i które nie odpowiada jej regulacjom i rezolucjom. Ponadto nie ma pan prawa błądzić w przypochlebianiu się Izraelowi z powodu względów łatwo zrozumiałych dla każdego obserwatora – ponieważ pana uwagi nie odpowiadają historii ani istniejącym danym".

Jerozolima należy do muzułmanów i chrześcijan, nie do Żydów; Guterres musi natychmiast przeprosić naród palestyński i jego kierownictwo
 
"Jeśli interesuje pana historia i jest pan jej oddany, panie António, to powinien pan wiedzieć, że Jerozolima i cała Palestyna od rzeki do morza należy do narodu palestyńskiego i ich historia jest jego historią. Założenie Izraela w oparciu o ONZ, Plan Podziału Palestyny, Rezolucję 181 przyjęta w listopadzie 1947 r. i zgoda narodu palestyńskiego na pokój i rozwiązanie w postaci dwóch państwa na bazie granic z czerwca 1967 r., absolutnie nie znaczą, że zmienia się historia Palestyny. Jerozolima jest arabsko-palestyńska i należy do muzułmanów i chrześcijan, a nie do Żydów – chociaż to nie znaczy, że Żydom należy zabronić odwiedzania jej. Tak zwana 'Ściana Zachodnia' w rzeczywistości jest 'Ścianą Al-Buraka' [Al-Burak to uskrzydlony koń, na którym Mahomet wzniósł się do nieba]. Świątynia Salomona nie istnieje i nigdy nie istniała w Palestynie. Izraelczycy prowadzą wykopaliska w całym kraju od niemal stulecia, od kiedy w pełni okupowali go w czerwcu 1967 r. i nie znaleźli niczego związanego z judaizmem w całej Palestynie, nie tylko w Jerozolimie.

Na jakiej więc podstawie dobrowolnie wyraża pan niepoprawne stanowisko, które nie ma niczego wspólnego z rzeczywistością? Jaki ma pan w tym interes? Czy służy pan procesowi pokojowemu, czy też plącze go pan i zagraża mu? Dodatkowo, wyraża pan nieodpowiedzialne poglądy, takie jak, że 'nie zamierza przejąć sterów inicjatywy w żadnym procesie politycznym między Palestyńczykami a Izraelczykami'. Dlaczego? Jaka jest pana rola jako sekretarza generalnego ONZ? Czy jest pan Stanami Zjednoczonymi i mówi w ich imieniu? Czy to nie stanowi spiskowania z rasistowskim państwem izraelskim prowadzącym czystkę etniczną i dawania mu zielonego światła do kontynuowania imperialistycznych osiedli? Czy to jest reforma, jaką chcę pan wnieść do ONZ?

Ta głęboka niesprawiedliwość nowego sekretarza generalnego ONZ w kwestii palestyńsko-arabskiej, islamsko-chrześcijańskiej i ludzkiej Jerozolimy oznacza, że musi on natychmiast przeprosić naród palestyński i jego kierownictwo i naprawić tę sprawę przez wydanie wyraźnego, bezpośredniego i jasnego stanowiska zgodnego z linią UNESCO, która wydała dwie rezolucje w tej sprawie w październiku 2016 r.

Nie wolno panu wydawać żadnych osobistych decyzji samodzielnie, ponieważ od mianowania pana na stanowisko sekretarza generalnego ONZ nie reprezentuje pan siebie, ale całe ONZ, włącznie z jego narodami, państwami członkowskimi, rezolucjami, traktatami i regułami. Dlatego nie jest pan autoryzowany do mówienia cokolwiek pan myśli lub cokolwiek pan, albo kraje, którym pan pochlebia, chcą, by pan powiedział – szczególnie nie Izrael i jego sojusznik USA.

Czy ma pan odwagę przyznania tego, co pan zrobił i naprawienia tej haniebnej niesprawiedliwości?"[4]


http://www.listyznaszegosadu.pl/brunatna-fala/wiecie-to-palestynczycy-zbudowali-jerozolime

ona jest jak ten mur wokol izraela ktorego gola glowa nie rozbijesz
(forumowicz melord o mnie)

dana

i nastepny swietny artykul andrzeja koraszewskiego...


Moje kontrowersyjne poglądy

Andrzej Koraszewski


   


Poglądy mam kontrowersyjne od zawsze. Na szczęście nie jestem do nich specjalnie przywiązany i chętnie je zmieniam, kiedy okazuje się, że jestem w błędzie. Różni ludzie mówili mi, że mam kontrowersyjne poglądy. Jedni wprost, inni za plecami, ale to akurat z jakiegoś powodu nie skłaniało mnie do zmiany poglądów. Zawsze miałem dziwne wrażenie, że ten argument jest zbyt słaby, że raczej jest formą oskarżenia, iż pewnie jestem z innej parafii. Zawsze byłem z innej parafii i to jest poważny kłopot. Ludzie lubią swoich, a ja wyraźnie jestem jakiś nie swój.

Godzinami mógłbym opowiadać o moich kontrowersyjnych poglądach. Żyję na tym świecie dość długo i uzbierało się tego strasznie dużo. Mam wrażenie, że pierwsza poważna kontrowersyjność moich poglądów wynikała z niestosownych pytań o Pana Boga. Coś mi się w tych opowieściach nie zgadzało, a ponieważ wysyłano mnie na lekcję religii do kościoła przy ulicy Grunwaldzkiej, więc otoczenie szybko zauważyło, że chyba jestem z innej parafii. Na moją uwagę, że z tym Panem Bogiem to jakaś kompletna bujda, starszy kolega dał mi pięścią w nos, co było pierwszym sygnałem, że kontrowersyjność może pociągać za sobą bolesne koszty.

Uczciwie mówiąc potem było jeszcze gorzej, chcieli mnie ze szkoły wyrzucać i uratowały mnie tylko heroiczne wysiłki gorszej części rady pedagogicznej, która nie do końca prawdziwie zaświadczała, że nie to chciałem powiedzieć, co powiedziałem, a ja powiedziałem, że społeczeństwo szczerze nienawidzi tego całego komunizmu. Rok był, 1955 więc taka wypowiedź mogła zasadnie być uznana z kontrowersyjną, chociaż ja nadal uważam, że moja hipoteza nie była pozbawiona podstaw, mimo iż obserwacja oparta była na zbyt małej próbie. Uszła mi jednak na sucho moja kontrowersyjność, tylko stopień z zachowania miałem obniżony i nigdy go już nie zdołałem poprawić.

Nie bardzo rozumiem co mi do łba strzeliło, żeby bawić się w dziennikarstwo, bo to ostatni zawód, który jest odpowiedni dla człowieka z tak kontrowersyjnymi poglądami. Uczciwie mówiąc, też nie traktowałem swojego pisania specjalnie poważnie i chciałem raczej pozostać przy karierze akademickiej.  Przedwczesna śmierć Józefa Stalina spowodowała jednak fatalny wybór tej kariery. Stalin umarł kiedy miałem 13 lat i w efekcie w okresie formatywnym taplałem się w odwilżowym błocku. Planowałem studiowanie leśnictwa i badania nad zachowaniami zwierząt, wiatr historii wszystko zmienił, socjologia wróciła na uniwersytety i postanowiłem zająć się badaniami nad zachowaniami ludzi. Zająłem się teorią organizacji, bo miałem wrażenie, że na tym polu moje kontrowersyjne poglądy nie będą tak bardzo włazić ludziom w oczy i faktycznie przez pewien czas moja kontrowersyjność uchodziła mi bezkarnie i nawet publikowałem to i owo w prasie. Potem dostałem zakaz publikacji, ale to był już rok 1968, kiedy to o nalepkę człowieka kontrowersyjnego nie trzeba było się specjalnie starać.

Zwalałem tę moją kontrowersyjność na komunizm i dopiero za morzem okazało się, że to może być  charakter. Zająłem się historią gospodarki, bo wydawało mi się, że to najmniej kontrowersyjne, fluktuacje cen zboża, ograniczenia w handlu, zmiany w strukturze zawodów, reformy w rolnictwie, gdzie tu miejsce na kontrowersje? Gołe fakty o zachowaniach ludzi. Na marginesie tylko śledziłem kolejne publikacje Konrada Lorenza, trochę żałując, bo chyba jednak należało zostać przy zwierzętach.

Tak sobie oglądając tę historię gospodarczą doszedłem do wniosku, że ta Wspólnota Europejska z jej Wspólną Polityka Rolną to nie takie głupie. Nie było to specjalnie popularne ani w Szwecji, ani w Anglii, a już nowonawróceni na thatcheryzm  antykomunistyczni dysydenci w Polsce gwałtownie w głowy się stukali na tak kontrowersyjne pomysły i nie byli w stanie zrozumieć dlaczego jacyś rolnicy mają dostawać dopłaty, a nie socjolodzy, aktorzy i dziennikarze? Komunizm jeszcze się trzymał, solidarni żądali podwyżek, inteligenci popierali, chociaż zaczynali przebąkiwać o wolnym handlu wartościami intelektualnymi. System walił się pod ciężarem żądań coraz większych płac za coraz mniejszą produkcję i w końcu się zawalił.

Przykro mi było, kiedy nawet Jerzy Giedroyc uznał za kontrowersyjny mój pomysł, że Wspólnota Europejska powinna solidarnie pomóc Niemcom się zjednoczyć, chociażby w symbolicznym geście dostrzeżenia, że na wcześniejszym etapie to Niemcy włożyli najwięcej do wspólnej kasy, żeby umożliwić wyrównywanie poziomu gospodarczego. Potem było ze mną jeszcze gorzej, bowiem kiedy zaczęły się procesy akcesyjne, miałem dziwne odczucie, że Unia powinna włożyć znacznie mniej środków w Europę Wschodnią i błyskawicznie pomóc Turcji w modernizacji rolnictwa i obszarów wiejskich. Tak kontrowersyjnego poglądu to już  mi nikt nie opublikował, a kilka osób uznało, że jest ze mną całkiem niedobrze.  Moje rozumowanie nie było aż tak bardzo skomplikowane, wystarczyło spojrzeć na strukturę zatrudnienia w rolnictwie (stan oświaty i przepaść cywilizacyjną oddzielającą obszary wiejskie) w krajach protestanckich, katolickich, prawosławnych i muzułmańskich, żeby się zacząć domyślać, skąd przyjdą największe problemy, ale patrzenie na ekonomię przez pryzmat religii i kultury było nie tylko niemodne, ale nad wyraz kontrowersyjne. Pozostałem z łatką człowieka kontrowersyjnego, ale przy swoich poglądach, bo nikt mnie nawet nie próbował przekonywać.

Taki Frans de Waal  ma dużo lepiej. Też wie, że świata nie zmieni, też mu czasem zarzucają kontrowersyjność, podgląda te swoje szympansy i nie musi się aż tak denerwować. Małpy jak małpy, tyle, że naczelne, ale naprawdę ciekawe.

Tak, czy inaczej nie ma co ukrywać, ja opisując zachowania facetów w takim Watykanie nie mam ani połowy tej przyjemności co byle prymatolog, a kontrowersji Bóg wie ile. Z drugiej strony, nie przesadzajmy z tym zdenerwowaniem. Co mi właściwie przeszkadza bycie człowiekiem kontrowersyjnym? Właściwie już się przyzwyczaiłem. Patrzę na kolejne doniesienia ze świata i zaczynam się śmiać.

Właśnie prezydent nieistniejącego kraju pod nazwą Palestyna serdecznie podziękował 
papieżowi Franciszkowi za oświadczenie amerykańskiego biskupa, Oscara Cantú. Biskup, przewodniczący amerykańskiego Episkopatu, stanowczo przeciwstawił się propozycji przeniesienia amerykańskiej ambasady z Tel-Awiwu do Jerozolimy.

Ma biskup poważne powody, które wyłuszczył w liście do nowego sekretarza stanu, który nie nazywa się John Kerry.   
,,My – pisze pontyfikalnie biskup – błagamy, by zachować ambasadę amerykańską w Tel-Awiwie. Przeniesienie ambasady do Jerozolimy jest równoznaczne z uznaniem niepodzielnej Jerozolimy jako stolicy Izraela."
Musieli biskupi amerykańscy katusze straszne cierpieć, żeby porzucić wszystkie inne problemy dręczące Kościół katolicki w Ameryce i z takimi błaganiami do sekretarza stanu uderzyć. Ciekawszy wszelako jest fakt, że towarzysz prezydent do Jego Świątobliwości podziękowania skierował. Niby można zrozumieć, bo Jego Świątobliwość i towarzysz prezydent są dobrymi kumplami i wiele razy ściskali się serdecznie. A dziękować było za co, bo dobry biskup podkreślał w swoim liście, że Jerozolima jest stolicą trzech monoteistycznych religii, a nie żadnego Izraela.

Mógłby ktoś niewtajemniczony pomyśleć, że stolicą chrześcijaństwa jest Rzym (chociaż niektórzy chrześcijanie traktują takie stwierdzenie jako kontrowersyjne), słyszy się czasem, że stolicą islamu jest Mekka, ale czy to znaczy, że islam nie może mieć więcej stolic niż jedną, a znowuż jeśli idzie o judaizm, to przecież wyraźnie słyszeliśmy, że z tą Jerozolimą to jakiś mit i żadnej żydowskiej świątyni w Jerozolimie nie było.

Tak czy inaczej, towarzysz prezydent wysłał swoje podziękowanie do Stolicy Piotrowej, pewnie z odpisem do króla Saudów, który jest strażnikiem dwóch stolic islamu, a może i do starego kolegi z KGB Władimira Putina, bo w końcu wiadomo, że Moskwa to Trzeci Rzym (mógł również wysłać odpis swojego dziękczynienia do Drugiego Rzymu, adresując list do Muzułmańskiego Brata lub do Pierwszego z Równych).

Szukając odpowiedzi na pytanie, jak też Jego Świątobliwość odpowiedział na ciepłe słowa zaprzyjaźnionej głowy państwa, wpadłem na ciepłą wiadomość o stanowczym, potępieniu przez Jego Świątobliwość ,,szeroko rozpowszechnionego" antysemityzmu.

Papież Franciszek wyraził swoje zaniepokojenie do delegacji Anti-Defamation League, czyli do grupki Żydów amerykańskich, a jego słowa odnotowało źródło izraelskie, ale zawsze ładnie, że Jego Świątobliwość jest zaniepokojony. Papież Franciszek powiedział:
,,To smutne, że antysemityzm, który raz jeszcze potępiam w jego wszystkich formach jako całkowicie sprzeczny z chrześcijańskimi zasadami i jakąkolwiek ludzką przyzwoitością, jest nadal dziś rozpowszechniony."
Muszę przyznać, że te ,,wszystkie formy" antysemityzmu poruszyły mnie szczególnie, osobliwie, że Jego Świątobliwość przypomniał pięćdziesiątą rocznicę Nostra Aetae,  deklaracji z 1965 roku o stosunku do innych wyznań, którą niektórzy uważają również za kamień milowy na drodze do odrzucenia przez Kościół katolicki długiej tradycji nienawiści do Żydów. Chyba nie bardzo ta deklaracja poruszyła watykańskich kardynałów, bo trzeba było jeszcze prawie 30 lat, żeby Stolica Piotrowa uznała istnienie Izraela. Samo słowo Izrael papieżowi Pawłowi VI nie przeszło przez gardło podczas wizyty w Ziemi Świętej w 1964 roku. Watykan nie potępiał arabskich wojen przeciw Izraelowi, a i z potępianiem palestyńskiego terroryzmu do dziś ma poważne kłopoty, uznając ,,prezydenta" Palestyny za ,,anioła pokoju".   

Zapewne papież Franciszek nie byłby tak kategoryczny jak Pius X, który przyjmując Theodora Herzla w styczniu 1904 roku oznajmił wyniośle: ,,Żydzi nie uznali Naszego Pana, dlatego nie możemy uznać narodu żydowskiego... Religia żydowska była podstawą naszej; ale zastąpiło ją nauczanie Chrystusa i nie możemy przyznać religii żydowskiej żadnej dalszej zasadności".

Można się długo zastanawiać, co też Jego Świątobliwość odpowiedział swojemu przyjacielowi, bo raczej pewne, że nie powiedział mu tego samego, co delegacji Anti-Defamation League.

Wielu ludzi niepokoi się dziś, czy aby ambasada nie zostanie przeniesiona do Jerozolimy, bo oni by bardzo tego nie lubili z wielu powodów. Głębsza analiza tych powodów mogłaby jednak zostać uznana za kontrowersyjną.

Ciekaw jestem czy prezydent Trump zdecyduje się ostatecznie na odrzucenie zastrzeżeń, czy raczej ulegnie zmasowanym naciskom płynącym ze stolic muzułmańskiego, chrześcijańskiego i oświeceniowego, by nie powiedzieć wolterowskiego, antysemityzmu?

Chwilowo trudno o wątpliwości, że Stolicy Piotrowej bliżej w tej sprawie do stanowiska Ammanu niż Waszyngtonu, co z wielu powodów wydaje się zrozumiałe.

Minister Spraw Zagranicznych Jordanii, Ayman Safadi,  przedstawił to stanowisko następująco:
,,W naszych oczach sprawa Jerozolimy jest niezwykle istotna, nasze niezmienne stanowisko jest takie, że odrzucamy jednostronne wysiłki zmierzające do zmiany arabskiej, muzułmańskiej i chrześcijańskiej tożsamości Świętego Miasta".   
W Watykanie kardynałowie historią zajmują się raczej dość wybiórczo, więc przy całej zbieżności stanowisk mogą nie wiedzieć jak to z tą arabizacją Jerozolimy Wschodniej po jej zdobyciu przez Legion Arabski w 1948 roku było. 

Watykan nie  protestował kiedy Arabowie wymordowali Żydów, a ocalałych wygnali z odwiecznie żydowskiej dzielnicy Starego Miasta Jerozolimy, Watykan nie wydał ani jednego słowa protestu na natychmiastowe wyburzenie 58 synagog we Wschodniej Jerozolimie. Watykan nie protestował, kiedy zabroniono Żydom dostępu do Zachodniej Ściany (resztek żydowskiej świątyni). Radość z powodu wygnania Żydów z Świętego Miasta była tak wielka, że Watykan nie protestował nawet na prześladowanie miejscowych chrześcijan ani na utrudnienia dostępu chrześcijańskich turystów do chrześcijańskich miejsc świętych.

Oczywiście domyślam się, że moje poglądy w kwestii niepodzielnej izraelskiej Jerozolimy są kontrowersyjne, jednak nie mają one większego wpływu na  świat i okolice, a już z pewnością nie będą miały wpływu na Jego Świątobliwość, papieża Franciszka. Pozostaje tylko ciekawość, co odpisał przyjacielowi z Rammalah, czy jest świadomy że ten przyjaciel jest arcyantysemitą, że negował Holocaust w swojej pisanej w Moskwie pracy doktorskiej, a swoją służbę narodowi palestyńskiemu poświęcił nie tylko na bogacenie siebie i swojej rodziny, ale również na heroiczny wysiłek podtrzymywania zwierzęcej nienawiści do Żydów?

Nie wiem, nie jestem Duchem Świętym, a poleganie na samych domysłach mogłoby być naprawdę kontrowersyjne, więc lepiej tego unikać. 

P.S. Swego czasu mój były przyjaciel zapytał mnie listownie dlaczego zawsze bronię Izraela. Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że nigdy nie bronię Izraela, że Izrael musi bronić się sam. Napisałem jeszcze, że bronię się przed kłamstwami i wszystko jedno, czy te kłamstwa dotyczą Izraela, czy czegokolwiek innego, chociaż tych na temat Izraela i Żydów jest z jakiegoś powodu wyjątkowo dużo. Mój były przyjaciel więcej nie odpisał, uznając moją odpowiedź za bardzo kontrowersyjną.     

http://www.listyznaszegosadu.pl/notatki/moje-kontrowersyjne-poglady






ona jest jak ten mur wokol izraela ktorego gola glowa nie rozbijesz
(forumowicz melord o mnie)

dana

Patrząc z linii frontu

Hunter Stuart




Latem 2015 roku, zaledwie w trzy dni po tym jak przeniosłem się na półtora roku jako freelancer do Izraela, napisałem artykuł o moich odczuciach na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Przyjaciel z Nowego Jorku napisał, że będzie interesujące zobaczenie jak życie w Izraelu zmieni moje poglądy. Prawdopodobnie mój przyjaciel podejrzewał, że bezpośrednie obserwacje mogą dawać odmienny obraz.

No cóż, miał rację.


Zanim przeniosłem się do Jerozolimy byłem bardzo pro-palestyński. Właściwie wszyscy moi znajomi byli pro-palestyńscy. Dorastałem w uroczym, protestanckim mieście, w którym wszyscy byli liberalni i politycznie poprawni. Liberałowie w Ameryce mają cały panteon bogów. Popierasz pluralizm, tolerancję, różnorodność. Popierasz prawa gejów, akceptujesz prawo do aborcji i ograniczony dostęp do broni palnej.
   
Przekonanie, że Izrael niesprawiedliwie prześladuje Palestyńczyków, jest niezbywalną częścią tego zestawu wierzeń. Większość amerykańskich postępowców postrzega Izrael jako agresora, prześladowcę biednych, szlachetnych Arabów, którym brutalnie odmawia wolności.
,,Wierzę, że Izrael powinien zrezygnować z kontrolowania Gazy i Zachodniego Brzegu" – pisałem 22 lipca 2015 roku w parku znajdującym się w pobliżu mojego mieszkania w jerozolimskiej dzielnicy Baka. ,,Okupacja to akt kolonializmu, który prowadzi do cierpień i nieszczęścia milionów Palestyńczyków."
Zapewne łatwo przewidzieć, że moje poglądy nie  przypadły do gustu ludziom, których spotykałem podczas pierwszych tygodni mojego pobytu w Jerozolimie, której mieszkańcy są dość konserwatywni nawet jak na izraelskie standardy. Wprowadziliśmy się z moją żoną do żydowskiej części miasta po części przypadkowo. Pierwsza oferta pokoju do wynajęcia, którą znaleźliśmy była w dzielnicy Nachlaot, gdzie nawet hipsterzy są pobożni. W efekcie niemal wszyscy, których poznawaliśmy to byli izraelscy Żydzi zdecydowanie popierający Izrael. Nie obnosiłem się przed nimi z moimi pro-palestyńskimi poglądami, bo bałem się. Musieli jednak wyczuwać moją antypatię, a jak później zrozumiałem, wyczuwają takie rzeczy szóstym zmysłem.   

Podczas tych pierwszych tygodni w Jerozolimie narażałem się na nieustanne sprzeczki na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego, zarówno ze współlokatorami naszego mieszkania jak i z innymi poznawanymi ludźmi. W odróżnieniu od mieszkańców Nowej Anglii Izraelczycy nie dają ci przywileju grzecznego unikania rozmów o polityce. Poza gettem Tel-Awiwu konflikt jest wszechobecny i przenika niemal wszystkie aspekty codziennego życia. Nie można go uniknąć.     

Podczas jednej z takich sprzeczek, nasz współlokator, amerykański Żyd po trzydziestce powiedział, że wszyscy Palestyńczycy są terrorystami. Rozgniewałem się i powiedziałem mu, że jest paskudne nazywanie wszystkich Palestyńczyków terrorystami, podczas gdy w rzeczywistości niewielka część popiera ataki terrorystyczne. Natychmiast sięgnął po swój laptop i otworzył raport Pew Research z 2013 roku. Badacze przeprowadzili sondaż na próbie obejmującej tysiące osób z całego muzułmańskiego świata, pytając ich czy popierają zamachy samobójcze przeciwko cywilom aby "bronić islamu przed jego wrogami".

Okazało się, że 62 procent Palestyńczyków uważało taki terror przeciw cywilom za usprawiedliwiony. Co więcej, że Terytoria Palestyńskie były, od Libanu i Egiptu, po Pakistan i Malezję, jedynym miejscem w muzułmańskim świecie, gdzie większość mieszkańców popierała terroryzm.   

Nie dałem się przekonać tego wieczoru, chociaż spieraliśmy się do białego rana. Zapamiętałem jednak te dane statystyczne.

Zaledwie w miesiąc później, w październiku 2015 zaczęła się fala palestyńskiego terroru przeciwko izraelskim Żydom.

Niemal każdego dnia zagniewani młodzi palestyńscy muzułmanie dokonywali ataków nożowniczych lub wjeżdżali w ludzi samochodami. Było pełno przemocy w Jerozolimie, w niektórych przypadkach zaledwie kilka kroków od miejsca, gdzie mieszkaliśmy z żoną i gdzie robiliśmy codzienne zakupy.

Początkowo nie odczuwałem specjalnej sympatii dla Izraelczyków. Właściwie byłem wrogi. Miałem wrażenie, że to oni są przyczyną przemocy. Miałem ochotę ich potrząsnąć i wykrzyczeć: "Skończcie z okupacją Zachodniego Brzegu, przestańcie blokować Gazę a wtedy Palestyńczycy przestaną was zabijać!" To wydawało się tak oczywiste, że nie umiałem zrozumieć dlaczego nie pojmują, że cała ta przemoc była niemiłą, ale naturalną reakcją na działania ich rządu?     
Dopiero kiedy ta przemoc dotknęła mnie osobiście, zacząłem dostrzegać izraelski punkt widzenia z nieco większą jasnością. Kiedy ,,Intifada nożownicza" jak to później zaczęto nazywać, nabrała rozpędu, pojechałem do Silwan, dzielnicy we  Wschodniej Jerozolimie, zbierać materiał do artykułu.     

Kiedy tylko dotarłem, palestyński dzieciak, może w wieku 13 lat, pokazał na mnie palcem i krzyknął "Yehud!" co znaczy po arabsku ,,Żyd". W jednej chwili otoczyła mnie gromada jego kolegów, biegli w moim kierunku z przerażającym błyskiem w oczach. Krzyczeli "Yehud! Yehud!". Poczułem jak serce podjeżdża mi do gardła. Zacząłem w kółko wrzeszczeć do nich po arabsku: "Ana mish yehud! Ana mish yehud!" ("Nie jestem Żydem, nie jestem Żydem!"). Powiedziałem im, że jestem amerykańskim dziennikarzem, że ,,kocham Palestynę". Uspokoili się trochę, ale wygląd ich twarzy, kiedy byli przekonani, że jestem Żydem, to coś, czego nigdy nie zapomnę. Potem spotkałem w Ammanie Palestyńczyka, który wychował się w tej dzielnicy i który słysząc moją opowieść powiedział: ,,Gdybyś był Żydem, prawdopodobnie by cię zabili."

Wróciłem wtedy cały, inni nie mieli tyle szczęścia. W Jerozolimie i w całym Izraelu ataki przeciw izraelskim Żydom trwały. Moje poglądy zaczęły się zmieniać, prawdopodobnie dlatego, że ta przemoc po raz pierwszy była również skierowana przeciwko mnie osobiście. Zacząłem się bać, że jakiś nożownik może zaatakować moją żonę, kiedy będzie wracała z pracy. Za każdym razem, kiedy widziałem w telefonie informację o kolejnym ataku, jeśli nie byliśmy razem, sprawdzałem czy nic się jej nie stało.   

Potem nasz przyjaciel, stary Izraelczyk, który zaprosił nas do siebie na obiad, powiedział nam, że jego przyjaciel został przed miesiącem zamordowany przez dwóch Palestyńczyków w autobusie, zaledwie kilka ulic od jego domu. Znałem tę historię bardzo dobrze, nie tylko z wiadomości, ale sam przeprowadziłem wywiad z rodziną jednego z palestyńskich zamachowców. Podczas tego wywiadu ta rodzina powiedziała mi, że to był zdolny młody przedsiębiorca pchnięty do ostateczności przez codzienne upokorzenia spowodowane okupacją. Napisałem wówczas dla jordańskiego serwisu Al Bawaba News pełen sympatii artykuł o mordercy. Należy pisać o zamachach przyjmując analityczną postawę bezstronnego dziennikarza. Nauczyłem się szybko czego media ode mnie oczekują – to Izrael jest winien palestyńskiej przemocy. Kiedy jednak dowiedziałem się, że przyjaciel mojego przyjaciela był jedną z ofiar, moje spojrzenie na tę sprawę trochę się zmieniło. Poczułem się obrzydliwe z powodu tego, że publicznie gloryfikowałem morderców. Człowiek, który został zamordowany, Richard Lakin, podobnie jak ja, pochodził z Nowej Anglii i uczył angielskiego żydowskie i palestyńskie dzieci w jednej z jerozolimskich szkół. Wierzył w możliwość osiągnięcia pokoju, jak powiedział jego syn, chodził na wszystkie pokojowe wiece.

Jego mordercy mieszkali w zamożnej dzielnicy Wschodniej Jerozolimy, pochodzili z klasy średniej, w porównaniu z innymi Palestyńczykami byli bogaci. Zapłacono im 20 tysięcy dolarów za ten tchórzliwy atak. W rok później nadal widziałem ich twarze na rozlepionych we Wschodniej Jerozolimie plakatach wychwalających ich męczeństwo. (Jeden z terrorystów, Baha Aliyan, został zabity na miejscu, drugi, Bilal Ranem, został złapany żywy.) 

Osobiste zaangażowanie w tę sprawę zmusiło mnie do postawienia pytania, dlaczego usprawiedliwiałem palestyńską przemoc. Liberałowie, organizacje obrony praw człowieka  i większość mediów nadal obwiniają za wszystkie zamachy Izrael. Na przykład Ban Ki Moon, który stał wówczas na czele ONZ, powiedział w styczniu 2016 roku, kiedy na ulicach Jerozolimy lała się krew niewinnych izraelskich cywilów, że leży "w ludzkiej naturze przeciwstawianie się okupacji". A przecież nie ma usprawiedliwienia dla mordów, niezależnie od politycznej sytuacji i to oświadczenie Ban Ki-moona było dla mnie bardzo bolesne.     

Podobnie coraz bardziej zaczął mnie irytować sposób, w jaki międzynarodowe organizacje pozarządowe, europejscy politycy i inni krytykowali Izrael za ich politykę "strzelania, żeby zabić" w obliczu fali terrorystycznych ataków. 

W większości krajów policja reagując na zamach terrorystyczny, w którym giną ludzie, strzela, żeby zabić terrorystę, i żadne organizacje obrony praw człowieka nawet nie pisną. To zdarza się w Egipcie, w Arabii Saudyjskiej, w Bangladeszu, ale również w Niemczech, w Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii i oczywiście w Stanach Zjednoczonych (jak było chociażby w San Bernardino czy podczas zamachu na klub w Orlando, po zamachu podczas maratonu w Bostonie i w wielu innych przypadkach). Czy Amnesty International potępiła Obamę, Sisi lub Merkel, czy Hollande za to, że ich policja zabija terrorystów? Wolne żarty. Ale zawsze potępiają Izrael.

Co więcej, zacząłem zauważać, że media mają obsesję na punkcie wykazywania moralnej niedoskonałości Izraela, nawet kiedy inne państwa popełniają nieskończenie więcej grzechów. Kiedy Izrael grozi, że przeniesie kilka namiotów rolników, jak to miało miejsce we wsi Susiya na Zachodnim Brzegu latem 2015 roku, sprawa jest obecna przez całe tygodnie na czołówkach w międzynarodowych mediach. Liberalne oburzenie nie ma końca. A jednak, kiedy Egipt używając do tego celu buldożerów i dynamitu zrównuje z ziemią całe miasto na Synaju, tłumacząc to względami bezpieczeństwa, nikt tego nawet nie zauważa.           

Skąd się wzięły te podwójne standardy? Mam wrażenie, że jest tak dlatego, że konflikt izraelsko-palestyński odpowiada na zapotrzebowanie europejskich, amerykańskich i innych postępowców. Patrzą na to, jako na pokazową sytuację, w której biali ludzie z Pierwszego Świata krzywdzą biednych ludzi z Trzeciego Świata. Łatwiej im się oburzać patrząc na starcie dwóch całkowicie odmiennych cywilizacji, niż kiedy obserwują muzułmanów z sekty alawitów zabijających muzułmanów wyznania sunnickiego w Syrii, ponieważ dla zachodniego obserwatora różnica między alawitą i sunnitą jest zbyt subtelna, żeby podtrzymać narrację, którą łatwo streścić na Facebooku. Na nieszczęście dla Izraela filmy na mediach społecznościowych, pokazujące żydowskich żołnierzy strzelających gazem łzawiącym w tłum protestujących Arabów, dostarczają iście hollywoodzkiej rozrywki i doskonale wpisują się w liberalną narrację o muzułmanach prześladowanych przez żydowskich, izraelskich brutalnych okupantów.                 

Podziwiam liberalną potrzebę pomocy słabszemu. Byli po słusznej stronie i ich intencje są dobre. Problem w tym, że ich przekonania nie mają żadnego związku z rzeczywistością.   

W rzeczywistości to wszystko jest znacznie, znacznie bardziej skomplikowane, niż pięciominutowy program w wieczornych wiadomościach, czy dwa akapity w poście na Facebooku. Jak mi niedawno powiedział mój przyjaciel, "powodem dla którego konflikt izraelsko-palestyński jest tak trudny do rozwiązania, jest to, że obie strony mają silne argumenty." Niestety, niewielu to dostrzega. Niedawno spotkałem się z przyjacielem ze studiów, który powiedział mi, że jeden z naszych kolegów jeździ do Palestyny, by brać udział w palestyńskich protestach. Fakt, że niesłychanie inteligentny, świetnie wykształcony facet z Vermont, który chodził do jednej z najlepszych amerykańskich szkół artystycznych, jedzie dziesiątki tysięcy kilometrów, żeby rzucać kamieniami w izraelskich żołnierzy mówi naprawdę bardzo dużo.
***
Jak powiada stare przysłowie, jeśli chcesz na kogoś wpłynąć, musisz się z nim najpierw zaprzyjaźnić. Znalazłem w Izraelu przyjaciół, którzy na zawsze zmienili moje poglądy na temat ich kraju i tego, że Żydzi potrzebują ojczyzny. Również wiele czasu poświęciłem na podróże po Terytoriach Palestyńskich i poznawanie Palestyńczyków. Spędziłem prawie sześć tygodni odwiedzając Nablus, Ramallah oraz Gazę. Przez półtora miesiąca mieszkałem w Ammanie, gdzie 60 procent mieszkańców stanowią Palestyńczycy. Spotkałem niesamowitych ludzi, życzliwych i niesłychanie gościnnych. Niektórzy z nich zostaną moimi przyjaciółmi na zawsze. Jednak niemal bez wyjątku ich poglądy na Izrael i naród żydowski są odrzucające.   

Przede wszystkim nawet ci życzliwi, dobrze wykształceni Palestyńczycy odrzucają prawo Izraela do istnienia, nie tylko okupację Wschodniej Jerozolimy i Zachodniego Brzegu. Oni po prostu nie chcą żadnego rozwiązania w postaci dwóch państw, oni chcą powrotu do ziemi przodków w Ramle, Jaffie, Hajfie i innych miejscach za zieloną linią. Oni chcą, żeby mieszkający tam Izraelczycy wyjechali. Nigdy nie mówią o koegzystencji, mówią o wyrzuceniu ich do "ich" krajów. Dla mnie jednak, jak by nie były skomplikowane z moralnego punktu widzenia, okoliczności powstania Izraela, niezależnie od tego ilu Palestyńczyków straciło życie i ilu zostało wygnanych z ich domów w 1948 roku i ponownie w 1967, Izrael istnieje i jest uznany przez prawie wszystkie państwa świata (w tym kilka na Bliskim Wschodzie). To palestyńskie marzenie o wymazaniu Izraela z mapy świata nie przybliża pokoju i Zachód musi być bardzo ostrożny, by ich do tego nie zachęcać.

Innym problemem jest to, że znaczna część Palestyńczyków, również tych dobrze wykształconych, wierzy, że większość islamskiego terroryzmu to robota zachodnich rządów, chcących przedstawić muzułmanów w złym świetle. Brzmi to kompletnie absurdalnie. Konspiracyjna teoria jest wręcz komiczna, kiedy jej słuchasz raz za razem. Nie zliczę ile razy Palestyńczycy mówili mi, że ataki nożowe w Izraelu w 2015 i 2016 roku były oszustwem, albo, że to CIA stworzyło ISIS. Po ataku ISIS w Paryżu w listopadzie 2015 roku, w którym zginęło 150 osób, moja koleżanka, świetnie wykształcona młoda libańska dziennikarka, od niechcenia rzuciła, że te masakry były "prawdopodobnie" przeprowadzone przez Mossad. Mimo, że jak ja była dziennikarką i powinna starać się dotrzeć do prawdy, niezależnie jak prawda jest nieprzyjemna, nie była gotowa do zaakceptowania tego, że muzułmanie mogli popełnić tak koszmarny akt terroryzmu, ale ochoczo i wbrew wszelkim faktom wolała obarczyć winą izraelski wywiad.                     

Zazwyczaj staram się słuchać, nie dzieląc się swoimi opiniami. Dla mnie podróże to trzymanie gęby na kłódkę i słuchanie, co ludzie mają do powiedzenia. Jednak po kilku tygodniach podróżowania po Palestynie byłem już zmęczony tymi ciągłymi teoriami konspiracyjnymi. Pewnego dnia wrzasnąłem do człowieka, z którym zaprzyjaźniłem się w Nablusie, kiedy po raz trzeci czy czwarty próbował obarczyć innych winą za islamski terror: ,,Arabowie muszą przyjąć odpowiedzialność za pewne rzeczy. Nie wszystko jest winą Ameryki." Mój przyjaciel wydawał się być zdumiony moją gwałtowną reakcją i po prostu zmienił temat.

Znam bardzo wielu izraelskich Żydów, którzy pragną współżyć w jednym kraju z palestyńskimi muzułmanami, ale znalezienie Palestyńczyków, którzy patrzą na to w podobny sposób było niemal niemożliwe. Niezliczona liczba Palestyńczyków mówiła mi, że nie mają problemu z Żydami, a tylko ze syjonistami. Wydawali się nie pamiętać, że Żydzi żyli w Izraelu przez tysiące lat wraz z muzułmanami, chrześcijanami, Druzami, ateistami, agnostykami i innymi, częściej w spokoju niż bez. Zamiast tego olbrzymia ich większość wierzy, że Żydzi przybyli do Izraela dopiero w XX wieku i dlatego nie ma tu dla nich miejsca.

Oczywiście, nie winię Palestyńczyków za to, że chcą autonomii lub powrotu do domów swoich przodków. Jest to całkowicie naturalne pragnienie; wiem, że czułbym to samo, gdyby coś podobnego zdarzyło się mojej rodzinie. Jak długo jednak mocarstwa zachodnie, NGO i ludzie postępowi w USA i w Europie nie potępiają palestyńskich ataków na Izrael, konflikt będzie narastał i więcej krwi poleje się po obu stronach.

Jestem teraz ponownie w USA i mieszkam w północnej części Chicago, w liberalnej enklawie, gdzie większość ludzi – włącznie z Żydami – popiera dążenie Palestyńczyków do państwowości, które to dążenie co roku nabiera większego rozpędu na forach międzynarodowych, takich jak ONZ. Osobiście nie jestem dłużej przekonany, że jest to taki dobry pomysł. Jeśli bowiem Palestyńczycy otrzymają własne państwo na Zachodnim Brzegu, kto może powiedzieć, że nie wybiorą Hamasu, grupy islamskiej, której celem jest zniszczenie Izraela? To właśnie stało się w Gazie w demokratycznych wyborach w 2006 r. Na szczęście Gaza jest nieco izolowana i jej geograficzna izolacja – plus blokada izraelska i egipska – ograniczają szkody, jakie ta grupa może wyrządzić. Jednak Izrael oczywiście nie chce, by zdobyli panowanie nad Zachodnim Brzegiem i nad połową Jerozolimy. Byłoby to samobójstwo. A od żadnego kraju nie można oczekiwać zgody na własne zniszczenie.

A View From The Frontlines
http://www.hunterstuartjournalist.com/, 12 lutego 2017-02-16
Tłumaczenie: Andrzej Koraszewski   




Amerykański dziennikarz, przez pięć lat pracował w redakcji ,,Huffington Post", potem przez półtora roku mieszkał w Jerozolimie, publikując w prasie amerykańskiej, ale również w ,,Jerusalem Post", ,,Al-Dżazira" , ,,International Business Times" i innych.     

http://www.listyznaszegosadu.pl/syjonizm/patrzac-z-linii-frontu

ona jest jak ten mur wokol izraela ktorego gola glowa nie rozbijesz
(forumowicz melord o mnie)